BLOG


Czy to tylko pauza, czy może już…?

 

Z dniem 30 czerwca opuszczam budynek Domu Technika, a szkoła Sul serio w formacie Wam znanym od 2015 najprawdopodobniej przestanie istnieć.  Szacunek i rzetelność, które przyświecały mi od samego początku działalności lektorskiej, wymagają kilku słów wyjaśnień odnośnie do tej decyzji.

 

Mój najlepszy przyjaciel, o czym wspominałem już na blogu, mawia, że w życiu nauczyciela przychodzą takie momenty,  gdy widzi już tylko dwa rozwiązania problemów.  „Albo ja ich (uduszę), albo oni mnie (zastrzelą)”.  To właśnie ta chwila, która mi obecnie towarzyszy.   Bez paniki, proszę. Agresja i drastyczne scenariusze to nie moja bajka, więc możecie być spokojni o zachowanie nietykalności cielesnej.

 

 

– Byłbym znacznie lepszym lektorem, gdybym potrafił was skrzyczeć i zmobilizować do ciężkiej pracy – napisałem w przypływie szczerości  swoim kursantkom – studentkom medycyny.  W dydaktyce sukces nauczyciela  zależy w większości od zaangażowania uczniów i jest to chyba najtrudniejsza prawda, z którą trzeba się konfrontować każdego dnia.  Trzy godziny wiosennych porządków wystarczą, bym dostrzegł, że jednak nie mam ślepej kuchni, proces jest więc krótki i całkowicie pod moją kontrolą.  W pracy lektorskiej takiego komfortu nie mam, ba,  nawet nie mogę o nim pomarzyć.  Mimo wszystko,  uwielbiam tę robotę, wcale nie z sentymentu, że  towarzyszy mi od 17 lat i pozwala na realizowanie pasji, jaką jest piłka ręczna kobiet.

 

 

W latach 2008-2009 i 2017-2018 zrobiłem sobie pauzę w codziennym nauczaniu, zajmując się dydaktyką w przerwach między podróżami czy w bardzo ograniczonym wymiarze czasowym.  Przerwy przynosiły orzeźwienie, nowe spojrzenie na  pracę,  wracały bodźce, a przecież nic nie motywuje człowieka do pracy tak mocno jak głód.  Może więc i teraz bardziej chodzić będzie o nabranie oddechu,  o złapanie należytego dystansu, przecież nie mogę wykluczyć takiego scenariusza.  Z tyłu głowy mam głęboko zakorzenioną świadomość, że dobrze być w życiu wyborcą losu, ale jeszcze lepiej być jego wybrańcem.  Toczę boje ze znajomymi odnośnie do roli szczęścia w naszym życiu. Twierdzę, że deprecjonujemy ten nieodzowny czynnik, tymczasem słyszę w odpowiedzi, że chodzi tylko o umiejętność interpretowania znaków.  Idąc tym tropem, serce daje mi znak, bym przystopował z dydaktyką. Nie ukrywam też, że nauczanie zdalne wyczerpuje mnie fizycznie i  w przypadku pracy z grupami nie przynosi zamierzonych efektów.  Owszem, kilka lekcji indywidualnych tygodniowo, proszę uprzejmie, praca przed komputerem od rana do wieczora, wykluczone!  Widzę ogromne różnice w jakości zajęć, w poziomie mojej satysfakcji , dlatego nie wyobrażam sobie powrotu do czasów obostrzeń, gdzie musiałem przenieść swoje zawodowe życie do Internetu. 

 

 

Najwyższa pora szukać nowych ścieżek, zdobywać nowe umiejętności i  próbować swych sił na nieznanym  gruncie.  Co konkretnie będę robił? Nie mam pojęcia. Marzy mi się praca przewodnika po Lublinie, który jako miasto jest dla mnie absolutną świętością (świetnością też, swoją drogą), marzy mi się komentowanie meczów szczypiorniaka (tu niewiele zależy ode mnie, ale od praw transmisyjnych, budżetów itp.), marzy mi się mimo wszystko napisanie książki o języku włoskim, więc nudzić się nie zamierzam.  A jeśli trzeba będzie zatrudnić się przy sortowaniu listów czy owoców, nie będzie to dla mnie żadna ujma na honorze, bo nie boję się pracy fizycznej i nie boję się reakcji znajomych.  W sumie i tak od lat uważają mnie za nieszkodliwego wariata,  więc co to za różnica?

 

 

I żeby nie było, że nie ostrzegałem. 1 kwietnia opublikowałem informację, że z racji na moje przebranżowienie, szkoła funkcjonować będzie do końca czerwca. To tylko Wam się wydawało, że to żart na prima aprilis.  Myśleliście, że choć raz będzie „per scherzo”, a znowu wyszło, że to  wszystko na serio.  Zresztą popatrzcie na poniższe zdjęcie…

 

Od samego początku żadnej gry w trzy kubki, zawsze tylko Sul serio:)

______________________________________________________________________________