BLOG


Anno nuovo, vita nuova, czyli przypomnienie pewnej filozofii

Nowy rok, nowe życie – to jedno z najpopularniejszych powiedzeń włoskich w pierwszych dniach stycznia. Dla kursantów Sul serio nowy rok zaczyna się jednak w październiku, gdy po długich wakacjach przypominają sobie, że ktoś na nich czeka i pragnie przekazywać swą zdobywaną latami wiedzę. W swych artykułach na tym blogu staram się nie tylko zachęcać do nauki, dawać wskazówki, ale także prezentować pewną filozofię, która chciałbym, żeby była i wam bliska.

Ostatnie lata to prawdziwy zalew „plastikowego” słownictwa, nie tyle kalk, co wręcz „kalek językowych”, a także terminologii korporacyjnej, która przedostała się do naszej codziennej komunikacji. Dziękuję każdego dnia, że mogę budzić się w Lublinie, że nie mieszkam już w Warszawie i nie muszę uczyć ludzi tworzących podobne zdania, jak moja była kursantka. Przykłady? Proszę bardzo.

– No mówię ci, byłam wczoraj w aptece, pokazuję farmaceutce receptę, a ona mówi, że to co przepisał mi lekarz to jest zwyczajny „bullshit” – opowiada
– Naprawdę tak powiedziała farmaceutka, bullshit? – kpię bezczelnie, robiąc przy tym poważną i przejętą minę
– No nie, nie powiedziała dosłownie „bullshit”, to taki „rephrase” – wyjaśnia dziewczyna.

Życie przerosło kabaret i stary dowcip, gdy jedna kobieta opowiadała drugiej w autobusie:
– Słuchaj, kochana, szłam wczoraj à propos kawiarni, to weszłam i skompromitowałam dwa ciasteczka.
– Szanowna pani, niech pani nie stosuje słów, których znaczenia pani nie rozumie – wtrąca się do rozmowy starszy jegomość
– Hola, hola, ma pan do mnie jakieś alibi? – odpowiada kobieta

Jakie trzeba mieć kompleksy, albo jak ubogie musi być nasze słownictwo, skoro rozmawiamy takim metajęzykiem? Stoję w maju na lotnisku Ferenca Liszta w Budapeszcie w kolejce po bilety miejskie. Przede mną grupa pasażerek z Polski. – Słuchaj, te bilety to potem musimy jakoś zwalidować? – pyta jedna drugą. Czy mózg też można zwalidować?

Języki to zbyt piękny element świata, by nimi tak otwarcie gardzić. Kultura słowa nie ma się wiązać z pompatycznością, pretensjonalnością, ma być tylko sztuką umiejętnego korzystania z wielkiej palety barw, jaką daje nam polski czy włoski. Pamiętacie, co na temat congiuntivo (trybu łączącego) powiedział zmarły niedawno Umberto Eco. – Tylko ten, kto zna congiuntivo może się nim posługiwać. Ma taki wybór. Ten, kto nie zna tego trybu, wyboru nie ma. Proste? Proste. Prawdziwe? Prawdziwe. Jeśli w życiu do czegoś się przydają pieniądze, to głównie do tego, by dać nam wybór. Nie dają bezpośrednio szczęścia, ale dają wybór. Ty też masz wybór, co chcesz zrobić ze swoim włoskim.

Studio l’italiano perché ci tengo – uczę się włoskiego, ponieważ mi na nim zależy. To powinno być motto moich kursantów. Pamiętam, jak kilka lat temu uczyłem maturzystkę, której zaleciłem osłuchiwanie się z językiem, proponując pewne internetowe radio. – No i jak?- zapytałem ją po kilku dniach. – Słucham, ale jakoś tak dziwnie, bo wszystko po włosku – odpowiedziała szczerze.

Zobaczcie, do tego stopnia przywykliśmy do języka angielskiego w piosenkach, w telewizji, w serialach, że ciągła obecność włoskiego staje się dla niektórych rzeczą mało naturalną. A jak inaczej poznać język, niż zanurzyć się w nim po same uszy? Tak, złap się właśnie teraz za uszy i powiedz sobie, że od października chcesz być po nie zanurzony. Przecież nauka języków obcych w Polsce jest już sama w sobie rzeczą dość abstrakcyjną, oddaloną, nie z naszej winy, od rzeczywistości. Wychodzicie z zajęć i wracacie do polskiego, którego używacie w domu, w pracy, na uczelni. Dlatego te zwykle 180 minut tygodniowo spędzone w Sul serio powinno być dla was rodzajem meczu dla prawdziwych sportowców. Mecz ma być wszak nagrodą za serię treningów pod okiem i bez obecności szkoleniowca.

Analogie do świata sportu nie wynikają bynajmniej z mojej miłości do kobiecej piłki ręcznej. Systematyczność, uczciwość, zaangażowanie popłacają i tu i tu. Taką samą przyjemnością jest oglądanie sportowców o wspaniałej technice, którzy panują całkowicie nad swoim ciałem, jak słuchanie osób, które znakomicie opanowały język, potrafią zaintrygować rozmową, narracją, żartem.

Oto dwa przykłady wywiadów polskich piłkarzy z włoskiej SERIE A. Jak sądzicie, który z nich zrobił większą karierę?


Czy pierwszy filmik nie zawstydza was, a jednocześnie nie wzbudza odruchu naturalnej sympatii do zdolnej tłumaczki, która staje na głowie, by cokolwiek zrozumieć z pomieszanych słów w kilku językach?

Czy w przypadku drugiej rozmowy nie zazdrościcie podświadomie Bartoszowi Salamonowi, że mówi z taką swadą, będąc wielkim „gentiluomo” w każdym zdaniu?

Chciałbym uczyć osoby ambitne i wyzwalać w nich te wewnętrzne możliwości.
– Miała duży talent sportowy, ale okazało się, że nie ma talentu do pracy – powiedział niedawno o pewnej prawoskrzydłowej mój znajomy trener. Avete capito?