Blog


„Idź na skróty – plastic beauty”, czyli a może tak rzucić wszystko i pójść w rzęsy?

 

Wybaczcie moją ignorancję, ale do lata ubiegłego roku nie wiedziałem, że kobiety noszą sztuczne, doklejane rzęsy. I myślę, że w tej błogiej nieświadomości żyło mi się całkiem, całkiem. Owszem, gdybym miał zeznawać przed sądem, pewnie powiedziałbym, że coś takiego jak sztuczne rzęsy gdzieś istnieje, ale korzystają z nich raczej tylko aktorki czy modelki przed jakąś wystylizowaną sesją fotograficzną. A już do głowy by mi nie przyszło, że takie rzęsy to trzeba poprawiać i doklejać co trzy tygodnie, jak zapewniają mnie znajome, domorosłe kosmetyczki.

 

Dlaczego o takich głupotach piszę na blogu poświęconym nauce języka włoskiego? Wspominałem już kiedyś, że w czasie studiów ogłaszałem swe usługi korepetytorskie hasłem „włoski to rozrywka intelektualna, żadnych tipsiar i kosmodziewczyn”, ale sami rozumiecie, biła ode mnie młodzieńcza werwa, szaleństwo, te sprawy. Dziś czasami mam wrażenie, że zamiast pracy lektorskiej należało wtedy otworzyć salon sztucznej piękności o melodyjnej nazwie „Idź na skróty – plastic beauty”.

 

Nie przypuszczałem bowiem, że nastąpią czasy portali społecznościowych, a poważne, wydawałoby się, osoby zaczną robić dziubki, doklejać sobie kocie wąsy czy uszy i wciąż uchodzić za intelektualistów.  Gdzie w tym wszystkim mają się przebić języki obce, wymagające skupienia i tysięcy monotonnych „dupogodzin” spędzonych nad ćwiczeniami? Sprawa jest prosta, a czas nie z gumy, więc jeśli poświęcasz kilka godzin dziennie na durne filmiki i przeglądanie zdjęć znajomych, jeśli wydajesz pieniądze na rzęsy, a nie na rozwój intelektualny, zostaniesz na końcu z tym plastikiem, a prawdziwe życie przejdzie ci przez palce. Owszem, twój wybór, twój czas, twoje pieniądze, w sumie nic mi do tego, ale niewiele wniesiesz do historii ludzkości, egzystując przecież w konkretnym kontekście społecznym. Jedna z największych bzdur propagowana przez świat reklamy mówi, że liczy się tylko to, co sami uważamy za słuszne, że inni mieszkańcy Ziemi są li tylko dodatkiem do naszej wyjątkowej osoby, a wartość ma jedynie nasze zadowolenie i wysoka samoocena.

 

Żyjemy w czasach niezliczonej dawki bodźców ze wszystkich stron, widzę to też po kursantach, którzy mają problem, by na 90 minut rozstać się z telefonem, messengerami i innymi dystraktorami, jak fachowo nazywamy rzeczy odciągające naszą uwagę.  – Wyciszamy się, skupiamy, przygotowujemy swoje serce i umysł na lekcję  – powiedziałem lata temu do ładnej dziewczyny czekającej w Dialogo na zajęcia z hiszpańskiego. Popatrzyła na mnie złowrogo, przekonana, że stroję sobie żarty z języka religijnego i typowych formułek katechetów. Nic bardziej błędnego, bo skoro może tylko 1/4 kursantów zapisujących się do szkół językowych osiąga po latach pracy poziom C1, czyli jest całkowicie samodzielna, trzeba non stop szukać odpowiedzi na pytanie, dlaczego tak wiele osób polega w tej walce.  Gdzie leży wina po stronie lektorów, gdzie zawinił kursant, a gdzie wszelkie inne okoliczności przyrody?

 

Mogę powtarzać to po raz setny, ale brak konkretnego celu i wiary w siebie jest dużo większym problemem niż słabsze językowo ucho, ograniczone możliwości czasowe czy antypatyczny nauczyciel.

 

– Chcę za dwa lata mówić  po włosku bez błędów – zapowiedziała mi w ubiegłym tygodniu jedna z kursantek. O, wreszcie konkrety,  pomyślałem sobie, a faceci lubią konkrety, jeśli nie pamiętacie. Błąd jest naturalnym elementem językowym, nie wolno się go bać, ale też jeśli ktoś po tuzinie lat nauki pisze mi, że pizza jest „benissima”, powinien się już wstydzić. Tylko trzeba też sobie powiedzieć, że są kursanci minimalistyczni, którym wystarczy to, że rozumieją i jakoś składają te swoje zdania. Trudno mi zrozumieć do końca takie nastawienie, bo jest to w wielkiej sprzeczności z moją filozofią pracy nastawionej na efekt. Szkoła Sul serio nie jest przecież działalnością charytatywną, to moje główne źródło utrzymania, pobieram opłaty za kurs i czuję się odpowiedzialny za jakość świadczonych usług.

 

W jednej z grup powiedziałem, że gdyby moi podopieczni wiedzieli, jak wielką frajdę sprawiają mi ich postępy, uczyliby się po prostu dla mnie, by zrobić dobry uczynek wobec drugiego człowieka.

 

Wiosną szkoliłem sympatyczną panią pracującą przez większość roku w Genui. – Dorosłam do zajęć, bo wcześniej uczyłam się tylko sama i wiem, że mówię bardzo źle gramatycznie – powiedziała na wstępie. Posłuchałem kilku jej zdań i odrzekłem: „ jeśli zabiję w pani naturalną chęć mówienia, polegnę całkowicie jako lektor, ale wiele rzeczy możemy wspólnie wyczyścić”.

 

Znalezienie wspólnego języka jest kluczowe w relacji kursant- lektor. Ostatnio bombardowałem prostymi pytaniami nową studentkę, ale po kolejnych jej grymasach i niezadowoleniu, zapytałem po prostu :  ile dają teraz za morderstwo w afekcie? Wyliczyłem, że wyszedłbym pewnie po dekadzie, ale minęło kilkanaście minut lepszego fragmentu zajęć, a kobieta zripostowała z szelmowskim uśmiechem: „zaraz to chyba mnie zamkną”. Odgryzła się, bardzo to lubię, bo jeśli choć jedna ze stron czuje się nieswojo, nic z tej nauki nie będzie. Trzeba zmienić lektora, szkołę, szkoda czasu i pieniędzy.

 

Szukanie nowych językowych inspiracji jest kluczowe w przypadku ludzi uczących się od lat. Bo ile można siedzieć w jednej sali z tym siwiejącym Pomorskim, słuchać jego żartów, docinków, ironii? Nudy, panie, jak w polskim filmie, nic się nie dzieje! A musi się dziać, by wciąż włoski dawał radość w sercu, taką zdrową ekscytację jako najpiękniejszy język świata. Dowody? Proszę bardzo.

https://www.youtube.com/watch?v=B2CzsGlVDBU

 

Nigdy nie udało mi się nauczyć włoskiego kogoś, kto tego nie chciał, nie mam w sobie żadnej magicznej mocy, poniosłem dziesiątki porażek dydaktycznych, ale nie pójdę na kasę do supermarketu ani nie będę nikomu doklejał rzęs. Choć jeszcze niedawno, gdy poszedłem na kawę z obłędnie piękną lektorką hiszpańskiego, wspólnie snuliśmy plany założenia takiego salonu.  W tych czasach to z pewnością lepszy biznes niż działalność dydaktyczna.

 

Chciałem stworzyć kameralne miejsce nauki włoskiego, gdzie przyjdziesz na kawę, wypożyczysz wartościową książkę, pogadasz, poznasz cudownych ludzi uczących się całe życie, pośmiejesz się, rozwiniesz i wyjdziesz nieco strudzony, ale z uśmiechem.  I mimo tego cholernego sceptycyzmu, którego u siebie nie znoszę, udowodniłem, że nie była to „mission impossible”. Już teraz mogę zaprosić do zapisów na nowy rok szkolny 2019/2020. Planuję kilka nowinek, ale o tym kiedy indziej.  Nie, nie będę miał doklejonych rzęs, spokojnie.

 

Już po publikacji wpisu odezwała się do mnie wspomniana piękna iberystka i słusznie zarzuciła: ” a co tak się czepiasz tych rzęs? Przecież to też włoski. Tylko takie mniejsze”.

________________________________________________________________________________

Zakochaj się na wiosnę, najlepiej we włoskim

 

Dopiero co za nami walentynki (raptem jakieś 6 tygodni temu), zatem miłosny temat wydaje mi się jak najbardziej adekwatny. Ale jak połączyć miłość i naukę, zapytają niektórzy? Żelaznym łańcuchem – odpowiem szybko. Nie wierzę w skuteczne zgłębianie obcego języka bez zwyczajnej frajdy i zakochania się w jego specyfice. To znaczy, potrafię sobie wyobrazić, ba, spotkałem nawet wielu językowych rzemieślników, jednak to nie jest mój wzór do naśladowania.

 

– Czy w tak poważnym wywiadzie do gazety przejdzie czasownik „jarać się”?  Jeśli tak, napisz, że „jaram się” trenowaniem – zapytała mnie dwa lata temu znana polska piłkarka ręczna, która zbliżała się do końca kariery. Z roli zawodniczki stopniowo przechodziła do funkcji szkoleniowych, odkrywając magię dzielenia się wiedzą i doświadczeniem. Tak, spotkaliście w swym życiu pewnie dziesiątki smutnych, sfrustrowanych nauczycieli, myślących całą lekcję, co dziś zrobią na obiad do schabowego, ale nie zapominajcie, że obok nich funkcjonują również ludzie z pasją, z werwą, błyskiem w oku.

 

– Języka należy uczyć się dynamicznie, ja sobie dałam 3 lata na hiszpański, by czuć się w nim swobodnie – przyznała kiedyś pewna moja znajoma z podstawówki. Jesienią będę obchodził piętnastolecie pracy zawodowej w niesakramentalnym związku z placówkami prywatnymi i wierzcie mi, że przemyśleń mam na wiele rozdziałów książki.

 

Co powoduje, że niektórzy po latach chodzenia na kursy wciąż nie czują się swobodnie, a inni po trzech semestrach brylują na tle grupy? To nie będzie jakaś bardzo metodyczna analiza, nie zaprezentuję wam statystyk, nie robiłem specjalistycznych badań, ale swoje wiem i nie zawaham się napisać.

 

  1.  Strach.  Nie wiem, czy wynika to bezpośrednio z kultury, w jakiej wyrastaliśmy i takiego a nie innego modelu wychowania, który zwykle podsumowuję zdaniem „nie dotykaj, bo zepsujesz”, ale takie mam po prostu przeczucie. Wciąż spotykam wśród kursantów ludzi ze strachem w oczach, bojących się oceny, błędu, niepewnych siebie i zestresowanych życiem. Mogę stawać na głowie, by stworzyć przyjemne, swobodne warunki pracy, ale i tak biję tylko głową w mur.  – Nie oczekuj ode mnie, że ja będę odpowiadała długimi zdaniami, bo taka jestem, że dopóki nie nauczę się dobrze języka, mówię tylko półsłówkami – przyznała mi kiedyś szczerze dziewczyna z warszawskiej korporacji. Ta sama od bullshitów i rephrase’ów, jeśli pamiętacie z innego wpisu.

 

  1. Przecenianie zajęć.  Jeśli język traktujesz poważnie, a nie czysto hobbistycznie, zajęcia z lektorem to mecz, a twoja praca własna to trening. – Mecz w weekend jest dla mnie tylko zobrazowaniem tego, co widziałem na treningu przez tydzień – powiedział kiedyś na konferencji prasowej chorwacki szkoleniowiec, którego tamtego dnia tłumaczyłem. Ja nie mam wglądu w to, co robią między lekcjami moi uczniowie, ale oczywiście widzę tego efekty.  Lektor może przyjść na zajęcia nieprzygotowany, jeśli ma doświadczenie i trochę talentu, poleci lepiej już gorzej na spontanie (choć nie do końca powinien). Kursant już takiego komfortu nie ma, szczególnie w początkowym etapie nauki, a brak tego zacięcia i pracy własnej, wierzcie mi, są dość irytujące.  – Nie miej do mnie pretensji i nie bądź zawiedziony, ale nie mam teraz czasu na naukę polskiego, bo zajęta jestem pisaniem magisterki – wyznała mi niedawno zagraniczna studentka, ale w moich oczach i tak zobaczyła po chwili i zawód, i smutek.

 

  1. Brak realnej motywacji i postawionego celu

Pisałem o tym już wielokrotnie, ale w przypadku nauki włoskiego w Polsce to jeden z wiodących problemów. Kursanci jeżdżą na wakacje do Włoch, obejrzą czasem i jakiś film w oryginale, ale czy to wystarczające paliwo, by zrobić dwa ćwiczenia więcej na dane zagadnienie, przewertować słownik albo małe rozmówki tematyczne? Owszem, mam to szczęście, że uczę również Polaków mieszkających za granicą, także w Italii, zatem osoby, które włoskiego używają na co dzień i mogą od razu przetestować, czy nie sprzedałem im jakiejś głupoty. Rozmawiam z wieloma lektorami i wiem, że jedną z najtrudniejszych prawd nauczania jest uświadomienie sobie, że nie wykształcimy wszystkich, że musimy ponieść porażki dydaktyczne i że nie każdy podopieczny stawia sobie za cel bycie lepszym od lektora.  – Michał, ty sobie nie zdajesz sprawy, ile dla mnie znaczy, że nauczyłam się włoskiego. Nauczyłam na tyle, na ile mówię, sam wiesz zresztą, ale poznałam nowy język po pięćdziesiątce, to niesamowite – przyznała mi kiedyś dumna z siebie kursantka. To budujące słowa, bo patrzę na swą pracę krytycznie i często zapominam o tym, że dla wielu nauka jest także podjęciem próby przełamania lęków, oporów.

 

  1. Brak miłości.

– Co możemy zrobić z tą rurą, można ją jakoś obudować ? – zapytałem kiedyś inżyniera, który oglądał moją nieumeblowaną jeszcze salę zajęć.  – Nie, musisz ją po prostu pokochać – odrzekł ze swym wrodzonym urokiem.  I wiecie co? Ja tę rurę pokochałem, przywiesiwszy sprytnie do niej włoską flagę.  Żyjemy w klasycznej symbiozie od ponad trzech lat.  Czy jako kursant mam się bać każdego „di”, „a”, „da” czy „gliene”? Czy mam szukać sobie wymówek, że congiuntivo è morto, zamiast czasu przyszłego wsamraśny będzie i czas teraźniejszy, a Kopernik była kobietą?  Nie, tu trzeba miłości, miłości trzeba tu.  Sprytu, sposobu, odejścia od schematu.

 

– Se dici „sedici”, dici „szesnaście”, bo włoskie „sedici” tą liczbą właśnie

Powiem ci tylko tylle, tysiąc to po włosku mille, ale jeszcze chwila i masz już duemila.

 

Napisałem niedawno te moje stare rymowanki na tablicy, kursanci popatrzyli, przeczytali, a jeden z nich powiedział „ nie wiem, co pan pali, panie Michale, ale nieźle działa”.

 

No to zakochaj się we włoskim, a będzie ci lepiej. Mnie zresztą też.

 

 

 

 

Kiedy Tytoń jest szczęśliwy, 20 deka hałdy, czyli zbiór przemyśleń na koniec roku

 

I co ma pan z tego włoskiego w życiu? – spytała mnie niedawno emerytowana nauczycielka fizyki, poznana w pociągu relacji Lublin – Chełm. Wypada dodać, że mam łatwość nawiązywania kontaktów i jestem z tego pokolenia, które nie siedzi z nosem w ekranie telefonu przez cały czas, unikając wszelkich rozmów.

– Prowadzę taką kameralną szkołę, uczę, poznaję ludzi i za każdym razem, gdy pojawia się termin veloce, velocità, velocemente, pytam kursantów, czego symbolem było V w fizyce – odpowiedziałem zgodnie z prawdą. – Symbolem prędkości – zakrzyknęła wesoło pasażerka, bo wyraźnie sprawiłem jej radość tym porównaniem.

 

Gdybym występował w Familiadzie i miał podać najbardziej banalne i oklepane zdanie w ojczystym języku, niechybnie stwierdziłbym: „koniec roku to czas tradycyjnych podsumowań”. To czas spojrzenia wstecz, oceny mijających miesięcy i zastanowienia się, co dalej.

 

Czy cieszę się z powrotu do Lublina i do Sul serio? Ogromnie, mniej więcej jak ta wspomniana już nauczycielka fizyki, której  przy okazji wytłumaczyłem, dlaczego sera GOUDA nie wolno zgodnie z zasadami wymowy polskiej czytać jako „gołda”, bo przecież litery O i U tworzą u nas hiatus, a nie dyftong. Skoro mamy słowa doustny czy pouczenie, rzeczą oczywistą jest, że ta gouda to klasyczna analogia do włoskiego słowa PA-U-RA (strach), które może i ma dwoje wielkich oczu, ale aż trzy sylaby, abstrahując w ogóle od holenderskiej formy „hałda”, którą powinniśmy byli przyjąć. Tak, zamawiaj 20 deka (nie deko!) „hałdy”, a nie jakiejś niegramatycznej „gołdy”, zobaczysz jak Twój świat całkowicie się zmieni. Najlepsze jest to, że myślisz sobie, iż sobie z Ciebie dworuję, wkręcam czy z włoskiego „prendo in giro”. Otóż nie, trzeba zachwycać się drobnymi rzeczami i całe życie się uczyć. W Chinach poznałem kiedyś lublinianina, który wydał mi się tytanem intelektu, a gdy go zapytałem o marzenia, bez cienia wątpliwości powiedział, że chciałby się móc cały czas uczyć.

 

Od kilku miesięcy mam wielką frajdę, mogąc prowadzić zajęcia z polskiego dla dwóch cudzoziemek. Niedawno pokazywałem im różnice między liczebnikami głównymi a porządkowymi, wypisując grzecznie lewą ręką formy pierwszy, drugi, trzeci, czwarty, piąty itd.  To, że lewa ręka pracuje, nie oznacza (przynajmniej u części lektorów), że mózg jest wtedy wyłączony, cały czas szukam przecież celnych skojarzeń, odniesień, by ułatwić zapamiętanie wyrazów.

 

 – Czwartek i piątek, pamiętacie te dni tygodnia? One pochodzą właśnie od tych liczebników porządkowych. Teraz już nic nie będzie takie same w waszym życiu, to rewolucja – wykrzykuję  z entuzjazmem po angielsku. Dziewczyny w śmiech, a jedna z nich błyskotliwie komentuje: no dobra, ale dlaczego sobota, a nie szóstek? Gdy zajęcia są nudne, a prowadzący mierny i bierny, nie ma szans na powodzenie, o satysfakcji nie wspominając. Przed świętami dostałem sporo serdecznych życzeń, odezwali się do mnie dawni studenci, a niektóre ich wspomnienia i słowa podziękowań były tak piękne, że będę je sobie czytał w chwilach wątpliwości, czy wybrałem odpowiedni zawód.

 

– Mam takiego lektora, że on jedną ręką pisze, a drugą równocześnie ściera, jak wy to robicie? – zapytał mnie niedawno pewien zdolny uczeń, któremu w nauce języków bardzo pomaga wrodzona fantazja. Konkretniej? Gdy poprosiłem grupę o przygotowanie krótkiego włoskiego ogłoszenia odnośnie wynajęcia mieszkania, pan Tomek postanowił przedstawić swoje warunki przeprowadzki na księżyc, z garażem na dwa statki kosmiczne na czele.

 

Na koniec inna prawdziwa historia, ale już z czasów zamierzchłych. W 2012 roku nauczyłem Filippa prostego kawału, który wtedy powstał (kawał, nie Filippo!). Bramkarzem naszej reprezentacji był wówczas chłopak z Lubelszczyzny, Przemysław Tytoń, a zagadka brzmiała następująco:

 

– Kiedy Tytoń jest szczęśliwy?

– Kiedy jest spalony!

 

Filippo chodził w koło i opowiadał ten dowcip, wzbudzając zawsze salwy śmiechu. A kiedy lektor jest szczęśliwy? Kiedy kursanci uczą się systematycznie i rozumieją, że postęp zależy w głównej mierze od nich samych.  Lektor może najwyżej pisać, ścierać, tłumaczyć, zabawiać, motywować, nawet równocześnie (contemporaneamente – wymówisz  to szybko 3 razy bez skuchy?), ale nie wykona za nikogo pracy własnej.

 

W nowym 2019 roku życzę Wam prawdziwej motywacji, mądrej fantazji i dobrych ludzi wokół. W imieniu Sul serio dziękuję wszystkim, którzy zaufali mojej szkole, zapraszając następnych chętnych na rozrywkę intelektualną i rozwój osobisty.  Niech się nam darzy!

______________________________________________________________________________

Moja historia, czyli po nocy przychodzi dzień, a po piłce ręcznej język włoski i odwrotnie (cz. 12)

 

Bardzo cenię ludzi poszukujących dla siebie nowych dróg. Chodzących na kursy, chętnych wciąż wiedzy, rozwoju, głodnych wręcz zdobywania kolejnych umiejętności. Jako nastolatek, gdy sam sobie zadawałem pytanie (już wtedy gadałem do siebie, wiem,  dramat), jaki ma być nauczyciel, nasuwał mi się od razu jeden przymiotnik – normalny. Po dwóch dekadach stoję na tym samym stanowisku, zatem komplementy odnośnie moich ludzkich aspektów, takiej zwyczajnej serdeczności cenię na równi z tymi dotyczącymi  kompetencji lektorskich.

 

Moją normalność, coś co nazywam też wrażliwością społeczną budowały dobre geny jak również dwie wielkie pasje, czyli język włoski i piłka ręczna.  Staram się od lat utrzymywać równowagę między nimi, ale czasem to wręcz niemożliwe. Przecież akcent w słowie życie nie może padać zarówno na pierwszą  i ostatnią sylabę.  Mój najlepszy przyjaciel, który jest cenionym lektorem angielskiego, twierdzi z kolei, że co jakiś czas trzeba sobie zrobić przerwę w nauczaniu, by nie stanowić zagrożenia dla zdrowia kursantów. Stąd właśnie moja zeszłoroczna decyzja o wyjeździe z Polski. Wiosną 2017 skontaktował się ze mną  Filippo, ten „elessemita pentito” (skruszony elesemita), mówiąc, ze rozważa powrót nad Bystrzycę. Po raz kolejny nasze drogi się przecięły, po raz wtóry zwolniłem mu miejsce w kokpicie, by mógł prowadzić samodzielnie bolid. Sam opuściłem zaś strefę komfortu, ruszyłem  odważnie do Budapesztu, bo przecież to stolica kobiecej piłki ręcznej, a Węgierka to jak wiadomo najlepsza dziewczyna, gdyż z nią zupełnie inna rozmowa.

 

Rzuciłem się w wir madziarskiego szczypiorniaka, noszącego tam piękną  nazwę kézilabda, wziąłem się za naukę języka, pracowałem też jako wolontariusz, przemieszczałem się trolejbusami, które również są mi niezbędne do szczęścia. W lutym przeszedłem pomyślnie dwa procesy rekrutacyjne w korporacjach (do dziś nie wiem jak, ale nabrałem szacunku do swych umiejętności komunikacyjnych),  pojawiła się też ciekawa perspektywa częściowo odpłatnego wolontariatu, jednak ze względów rodzinnych postanowiłem wrócić do Lublina. Wygrała odpowiedzialność, troska o bliskich i świadomość, że tu jestem zdecydowanie bardziej potrzebny, a plany podboju Węgier, a co za tym idzie nauki tego dziwnego języka trzeba odłożyć. Co ciekawe, w Budapeszcie po raz pierwszy poczułem tęsknotę za dydaktyką, bo gdy ujrzałem przez szybę zajęcia z czasowników zwrotnych w Instytucie Kultury Polskiej, z trudem się powstrzymałem, by nie wejść z ulicy i nie poprowadzić lekcji.

 

To miał być jednak rok piłki ręcznej, zatem skoro już wróciłem do Lublina, wziąłem się do pomocy MKS-owi. Znów byłem w swoim żywiole, pomagałem i organizacyjnie, i reportersko, a na dodatek rozpocząłem współpracę z Zobacz.tv, gdzie możecie posłuchać jak komentuję mecze mojej ukochanej pallamano femminile.  Cztery miesiące pracy dały mi wielką satysfakcję i skończyły się, jak pewnie wiecie, potrójną koroną, czyli wygraną wszystkich rozgrywek, w których MKS brał udział.  Missione compiuta – jak mówili starożytni Rzymianie (zmyślam, ale jak to ładnie brzmi!)

 

Filippo nie okazał się aż tak skruszonym elesemitą, by zabawić w Lublinie na dłużej, ale przez rok szkoła była w naprawdę dobrych rękach. Dziś mogę z nową energią wrócić do Sul serio, uczyć rzetelnie i odpowiedzialnie, szukając nowych osób do tej pięknej intelektualnej przygody, jaką jest zgłębianie nowego języka. Mówią, że różnica między początkującym nauczycielem a tym doświadczonym jest taka, że ten pierwszy twierdzi, iż świat stoi przed nim otworem, drugi zaś domyśla się o jaki otwór chodzi. Dużo w tym prawdy, bo choć zawód to pasjonujący, nie brakuje w nim stresu, niepokoju, a nawet frustracji. Piękna rzeczą w życiu seniora z kategorii 35+ jest za to fakt, że niczego już nie musi udawać, może po prostu być sobą, świadomy swych wad i zalet. Dziś akcent stawiam na Italiano, znów cieszę się na każde zajęcia i czekam na Was w Sul serio.

Dawaj tort czy poproszę tortu? Dziś rodzajniki cząstkowe

 

Jedna z wielu lekcji włoskiego z lektorem innego języka. Dyskutujemy o gramatyce, o rzeczach, które sprawiają największe problemy kursantom, zatem szybko poruszamy kwestie tych najdrobniejszych i chyba najwredniejszych elementów.

– W angielskim mamy cztery rodzajniki – argumentuje „Bellusia”, wierna miłośniczka mowy Dantego.

– Come mai quattro? – pytam zdziwiony, bo coś wyraźnie nie zgadza mi się.

– No przecież jest a, an, the i brak rodzajnika – tłumaczy piękna, elokwentna lektorka.

Wybuchy Etny czy Wezuwiusza to nic przy tamtym moim wybuchu śmiechu. Śmiechu serdecznego, bo przecież Monika skądinąd miała rację.

 

Nowe ujęcie tematu

 

To jak w tamtej anegdocie o profesorze Myślińskim, lubelskim mediewiście, który na egzaminie z historii zapytał studentkę o los ostatnich Piastów.

– Myślę, że powodzi im się różnie – odrzekła dziewczyna

– Jak pani to rozumie? – dociekał zaintrygowany wykładowca.

– Nawet gdy idę ulicą, z pewnością mijam różnych potomków Piastów, tych z prawego i lewego łoża…

– A wie pani, nie przyszło mi to dotychczas do głowy – mruknął Myśliński wpisując studentce dobrą notę do indeksu.

Mnie też do tamtej lekcji nie przyszło do głowy, że brak użycia rodzajnika można podciągnąć pod dodatkowy rodzajnik.

 

Włoski rekordzista

 

Nawet jednak bez takich sztuczek, włoski jest nie do pobicia w liczbie wszelakich „articoli”. Cztery rodzajniki nieokreślone (un, uno / una, un’), siedem określonych (il, i, lo, gli, la, l’, le) i  aż siedem rodzajników cząstkowych (del, dell’, dello, della / dei, degli, delle). Łącznie 18.  Tak, to nie błąd drukarski,  osiemnaście!  A teraz idź zapukaj do sąsiadki, która tak się z ciebie śmiała, że uczysz się tego prostego języka.

 To właśnie articoli partitivi są naszym dzisiejszym tematem wziętym na tapet. (przyjąłem zasadę, że będę tak długo pisał „na tapet” aż kiedyś prawidłowa forma dotrze okrężną drogą nawet do mojego naczelnego, który za każdym razem, gdy któryś z korespondentów wysyła mu ten idiom , dokłada absurdalną literę „ę”, tworząc własną wersję wyrażenia)

Są tacy, którzy twierdzą, że to tylko takie zapożyczenie czy kalka z francuskiego, ale mamy dowody, że rodzajnik cząstkowy stosowano już w średniowiecznej literaturze włoskiej. Mniejsza o to, warto poznać formy i ich użycie, skoro istnieją do dziś w języku, ba, mają się całkiem nieźle.

Del, dell’, della, dello to „cząstkowe” odpowiedniki  il, l’,la i lo, zatem łatwo zauważyć tu wpływ przyimka „DI”.  Chodzi zwyczajnie o takie niecałościowe ujęcie danego rzeczownika. Lepiej przecież mieć lekki niedosyt niż przesyt, w języku też.

– Vorrei dell’acqua. Portami della torta. Potrei bere dello spumante?

Wszystko w znaczeniu un po’ di (trochę czegoś), identycznie jak po polsku.

Jak to po polsku? To mamy jakieś rodzajniki cząstkowe? To miał być poważny blog, a pan z ludzi kpisz?

– Poproszę (nalej mi) wody. Przynieś mi tortu. Mogę szampana? Wody, tortu, szampana, czyli dopełniacz (kogo, co?) jak w pysk strzelił! Formy jak najbardziej prawidłowe gramatycznie i stosowane przez nas w sposób wręcz automatyczny. Nie chodzi nam przecież o cały tort, całą cysternę wody czy szampana. Chcemy przecież trochę tortu, trochę wody czy innego napoju.  A jak się tworzy polski dopełniacz po włosku? Przez użycie przyimka „DI”.  Un litro di latte / Tre figlie di Marco. Widać zależność i sens form del, dell’,della, dello, della? Widać.

Dlaczego w tych rozmówkach polsko-włoskich, które zgłębiałem w połowie lat 90-tych ubiegłego stulecia nikt tego tak nie chciał wyjaśnić? Popatrzmy na inne przykłady wraz z tłumaczeniem.

C’è ancora della pasta? – czy jest jeszcze trochę makaronu?

C’è ancora dello zucchero? –  czy jest jeszcze trochę cukru?

Ten sam sens wyrazilibyśmy pytaniami z użyciem słów un po’ di pasta / un po’ di zucchero.  Ale nie musimy, bo mamy articolo partitivo, więc dajmy sobie alternatywę, skoro znamy rodzajniki cząstkowe. Przecież parafrazując Umberta Eco, tylko ktoś kto zna rodzajniki cząstkowe ma wybór, czy ich używać, czy nie.

 

Mnogość form

 

Co z liczbą mnogą i formami dei, degli, delle ?  To wręcz nieoficjalna liczba mnoga rodzajników nieokreślonych  un, uno, una/un’ w znaczeniu „niektórzy/niektóre”.

Zamiast napisać „ ho visto alcuni ragazzi al bar”,  mogę śmiało zaproponować formę „ ho visto dei ragazzi al bar”, „degli amici in discoteca”, ho incontrato alcune studentesse ambiziose albo „delle studentesse ambiziose” ecc.

Nie wezmą cię do piekła za zdanie: „ a Lublino ci sono diverse cose da vedere, ci sono degli edifici moderni, delle piazze carine, dei luoghi d’incontro”.

Ok, stara zasada głosi, że gdy wymieniam wiele elementów mogę w ogóle opuścić rodzajnik, są też puryści i, o dziwo, niektórzy nauczyciele (degli insegnanti, he he), którzy w ogóle nie lubią form dei/degli/delle w liczbie mnogiej.  Nie powinniśmy ich nadużywać, faktem też jest, że stawianie rodzajników dei/degli/delle po przyimku prostym brzmi dość sztucznie i obcesowo.

U dobrych użytkowników włoskiego widziałem jednak zdania w stylu „ho partecipato a delle conferenze”,  ho parlato con delle persone, których sam bym raczej nie użył. Alcuni w rodzaju męskim i alcune w rodzaju żeńskim brzmią przyjemniej dla mych uszu.

 

A gdzie w tym wszystkim qualche?

 

W tym momencie wypada też wspomnieć o formie qualche (jakiś/jakaś – tłumaczone też czasem jako jacyś/jakieś), po którym we włoskim będzie zawsze liczba pojedyncza.

Ho qualche amico a Roma (mam kilku/jakichś przyjaciół w Rzymie)

Nie przesadzając z patosem, przyznajmy sami przed sobą, że też jesteśmy częścią całości, takim rodzajnikiem cząstkowym globalnej społeczności.

 

Tych cząsteczek jest na świecie wielle, tak jak  del, della, dello, dell’,  dei, degli i delle.