Blog


Homonimofobię da się leczyć

 

Nie ma włoskiego bez miłości, nie ma efektywnej nauki bez pokochania języka.  Jeśli nie odczuwasz dumy, że pokonujesz własne słabości, że walczysz z brakiem wiary w siebie, zastanów się lepiej nad sensem całego wysiłku. Umiejętność rozmowy po włosku czy hiszpańsku powinna być sprawczynią Twojego szczęścia, prowodyrką pozytywnych zmian na zawsze.

Rozmowy, podkreślam, a nie li tylko komunikacji.  Na początku dobre i to, bo liczy się przecież efekt Twoich starań, więc nie przejmuj się błędami i po prostu mów, próbuj.  Zawsze będziesz mieć 0% skuteczności w jednej statystyce – statystyce rzutów NIEODDANYCH.

 

Dziś jednak bierzemy na tapet bardziej ciekawostki językowe, jakimi są homonimy.  Nie będzie to wykład z gramatyki opisowej, nie zamierzam podawać wszystkich przypadków i różnic w zapisie czy wymowie słowa. Generalnie chodzi o klasyczny polski „zamek”, czyli pięć liter, które możemy interpretować na różne sposoby. Jest zamek obronny, jest zamek w drzwiach, kojarzysz też pewnie zamek w hokeju na lodzie czy też zamek w kurtce błyskawicznej, tudzież jeansach.

 

Klasyczny przykład włoski to  „il tempo”, zatem czas i pogoda. Che tempo fa? – to przecież pytanie o warunki atmosferyczne, natomiast „ Quanto tempo ci metti?” – dotyczy liczby niezbędnych minut czy godzin na zrealizowanie zadania.   Jasne, nie bój się niefortunnych zdań „da molto tempo il tempo è variabile” (od długiego czasu pogoda jest zmienna), bo Włoch z łatwością zrozumie Twą wypowiedź. Czy anegdotyczna notka w dzienniku szkolnym „klasa chodzi po klasie i robi uwagi na moje uwagi” jest dla któregoś  czytelnika niejasna?

 

Lubię podawać przykłady na bazie słowa „zecca”. Jako kleszcz to przecież niebezpieczny insekt, ale to również fabryka do produkcji pieniędzy, a zatem polska mennica.  Stąd właśnie o nowiutkich produktach „jak spod igły” mówimy po włosku „nuovo di zecca”.  Kleszcza w to nie mieszaj, on potrafi wmieszać się sam w Twe ciało.

 

Il capo to przecież głowa jako część ciała (capogiri to zawroty głowy), ale przecież też głowa państwa , szef, tudzież krańcowy punkt czegoś.  Il capo si è grattato il capo perché abitava in capo al mondo dove i filobus non correvano (szef podrapał się po głowie, bo mieszkał na końcu świata, gdzie nie jeździły trolejbusy).

 

 

Innym przykładem są słowa, które rozpoznamy tylko po odmiennym rodzajniku.

 

Il fronte to wojskowy front, la fronte to już czoło.  Il capitale będzie finansowym kapitałem (przy okazji polecam znakomity włoski film „ Capitale umano”), la capitale z kolei to stolica.

Una vocale to samogłoska, un vocale to wiadomość głosowa (jako skrót od un messaggio vocale), którą Włosi lubią wysyłać w przeciwieństwie do naszych sms .

La fine jest końcem, il fine to z kolei cel, stąd w gramatyce mamy  „frasi finali” – zdania celowe.

Il finale di un romanzo to konkluzja, ostatnia część powieści, natomiast w sporcie to samo słowo „finale” wymaga rodzajnika żeńskiego LA. Stąd często używa się formy superlativo assoluto, mówiąc „la finalissima”.

Instrumentem muzycznym jest la viola, ale viola już z IL to kolor czy ….gracz Fiorentiny, bo przecież włoskie kluby też mają swoje kolory.

 

Wracamy do klasyki.

 

Il filo to przecież nitka, ale również wątek, stąd wyrażenie  „perdere il filo”. Powiemy zatem: ho perso il filo, ripeti per favore. (straciłem wątek, powtórz proszę)

Campagna to rzecz jasna wieś (vivere in campagna), ale również nasza kampania wyborcza czy reklamowa (campagna elettorale / campagna pubblicitaria).

Ze świata sportu warto wspomnieć słowo „la rete”, które oznacza siatkę oddzielającą dwie strony boiska, a także gola (po polsku bramkę) zdobytą przez zawodnika. To też oczywiście sieć hotelowa czy sieć sklepów, choć tu można śmiało stosować zamiennik w postaci słowa „catena”.

Czasem są nieco trudniejsze przykłady, gdzie nie chodzi wcale o dwa rzeczowniki.

 

Salutare to czasownik pozdrawiać, ale też przymiotnik „zdrowy”.  Salutare i nemici non è sempre salutare (pozdrawianie wrogów nie jest zawsze zdrowe)

Amare to czasownik kochać, ale też żeński przymiotnik w liczbie mnogiej – „gorzkie”. „Queste sono lacrime amare di chi non sa amare”  (to są gorzkie zły tego, kto nie potrafi kochać).

 

Jest taki włoski mem, na którym jeden Włoch zachęca drugiego słowami „ridiamo fiducia ai politici”, a drugi powtarza ironicznie „sì, ridiamo!” Pierwszy czasownik to ridare, czyli dać na nowo, po raz drugi, oddać, zatem hasło mówi o oddawaniu zaufania politykom, o ponownym obdarzeniu ich zaufaniem.  Odpowiedź ridiamo to już oczywiście pierwsza osoba liczby mnogiej czasownika RIdere (śmiać się), zatem „śmiejemy się” lub w trybie rozkazującym „pośmiejmy się”

 

 

Na koniec dwie anegdoty związane z homonimami. Pod koniec lat 90-tych opowiadałem bratu, że z okazji dni sportu w moim liceum będziemy rozgrywać mecz koszykówki. Brat jako fan basketu zadał logiczne pytanie – a na jakiej ty w ogóle grasz pozycji?.  Odpowiedziałem zgodnie z prawdą, nie zdając sobie niestety sprawy z wystawienia się na strzał. „ Wiesz, my nie mamy pozycji, ja jestem taki dobijający”. Rzeczywiście, jesteś dobijający – odrzekł z triumfalnym uśmiechem.

 

Poczucie humoru świadczy o inteligencji – mawiał mój profesor od fizyki, o czym już pisałem na blogu.  Taką cechą wykazała się też studentka mojego serdecznego przyjaciela – anglisty.

 

Prowadził on właśnie zajęcia na temat homonimów, ale w pewnym momencie studentki z pierwszego rzędu śmiały się tak głośno, że zgubił wątek (ha perso il filo) i nie mógł się skupić.  Zapytał zatem o powód tej wesołości kursantek, a jedna z nich nieskrępowana odrzekła :  excuse me, sir, your castle is open”

 

Ja jako skromny lektor z Helenowa mogę Wam tylko otworzyć drzwi, decyzja o przekroczeniu progu należy już tylko do Was.

Jest jeden LSM, jest jedna aleja Kraśnicka lecz wiele…

 

 

Dziś na tapet wezmę mobilne akcenty w języku włoskim, bo mamy z nimi spore problemy. Mój licealny polonista pewnie zmiażdżyłby mnie za tak banalny wstęp, będąc od zawsze  miłośnikiem mocnego entrée w naszych wypracowaniach.  Włoski nie jest francuskim, zatem  po pierwsze akcenty nie padają tylko na ostatniej sylabie słowa,  po drugie praktycznie nie stawiamy żadnych znaczków nad literami.

 

Cwani kursanci potrafią umieścić poziomą kreskę nad literą E, bym sam uznał, czy to akcent „na Suwałki” czy „na Szczecin”. Nie pomagają tłumaczenia, że  akcent „na Suwałki” jest dużo rzadszy, a najważniejszym słowem do zapamiętania jest  „perché” ( analogicznie mamy „ché” tak akcentowane w takich słowach jak affinché, poiché, purché) . Super, jak przyswoisz sobie prawidłowy zapis   né  né (ani ani), ewentualnie jakieś  sé, liczebniki złożone z trójką na końcu,  jak ventitré (23)  i jakieś formy passato remoto (poté, ripeté), o których i tak nikt nie pamięta. W pozostałych przypadkach, gdy mamy słowo akcentowane na ostatniej sylabie,  musimy postawić tam akcent graficzny, pada on na Szczecin, zatem mamy rzeczowniki zapisywane w ten sposób –  città, possibilità, tiramisù, caffè i sporo innych.

 

Ale to tylko wstęp, bo słowa z akcentem na ostatniej sylabie są dla nas banalne w wymowie, choć nie mamy przecież takich odpowiedników w polskim. Cudzoziemcy często myślą, że mówi się „dobraNOC”, ale to wierutna bzdura.

 

Z 99% naszych rodzimych słów przyjmuje akcent na drugiej sylabie od końca, a dla wielu Polaków nie istnieją słowa akcentowane na inną sylabę. Nawet sam  z rozpędu, choć bronię tej pięknej zasady jak skarbu,  powiedziałem  ostatnio na zajęciach foneTYka, więc logopedka Agnieszka momentalnie mnie skorygowała, pięknie wypowiadając foNEtyka.

 

ZroBIliśmy, spotKAłyśmy się to z kolei formy, z którymi miała problemy pewna moja znajoma, która w końcu wypaliła : wiesz, boję się przy tobie opowiadać o przeszłości, bo ja tych akcentów nie czuję!”

 

W czystej teorii większość włoskich słów ma ten sam, tradycyjny dla nas akcent na drugiej sylabie od końca.

 

Paradoksalnie Polacy potrafią przesuwać akcent w klasycznych słowach doMAni, matTIna, laVOro, piaCEre, stąd wymyśliłem proste zdanie do ćwiczenia i powtarzania na głos „doMAni matTIna laVOro con piaCEre” (jutro rano pracuję z przyjemnością), zgodnie z hasłem, że to praca trzyma nas przy życiu, bo bez niej chyba uMARlibyśmy ze szczęścia.

 

Problemem są głównie słowa, w których akcent kładziemy na trzecią bądź nawet czwartą sylabę od końca. To naprawdę istotne, by od włoskiej maleńkości uczyć się zlepków „ il NUmero di teLEfono”, MOnica  A-bita a BERgamo”,  „ i  GIOvani COMprano una MASchera”, podkreślając sobie zawsze to miejsce, gdzie trzeba sobie na chwilę przycupnąć.  Warto też uczyć się z dobrej mapy Italii, by widzieć akcenty graficzne (niestety tylko fakultatywne) w takich miastach jak NApoli, EMpoli, SASsari, BERgamo, MOdena, a nawet PAdova (zwana też Zamość del sud, czyli Zamościem południa)

 

Niedawno znalazłem chyba w końcu lepszą metodę nauki akcentów padających aż na czwartej sylabie od końca. Są dość rzadkie we włoskim, tak samo jak w naszym języku, bo przecież mamy takie formy jak zroBIlibyśmy, oszuKAlibyście itp.

 

Klasyka gatunku to czasownik abitare, z wyraźnym akcentem na pierwszą literę A, a nie na żadne „bi”.   Reguła mówiąca o tym, że gdy akcent pada na trzecią sylabę od końca w liczbie pojedynczej czasu teraźniejszego, forma loro (oni) będzie miała akcent o jedną sylabę wcześniej jest mało przejrzysta dla ludzi niepałających miłością do gramatyki. GraMAtyki, oczywiście.

 

A-bito, A-biti, A-bita, potem klasycznie abiTIAmo, abiTAte i, uwaga, A-bitano.

 

Zamiast mówić fachowo o sylabach, może trzeba mówić potocznie, niefachowo, ale skutecznie o literach? Akcent w całej liczbie pojedynczej i trzeciej osobie liczby mnogiej to przecież ta sama początkowa litera A.

Weźmy inny przykład, taki wdzięczny czasownik TERMINARE (kończyć). Rzeczownik il TERmine to przecież klasyczny homonim (homonimofobię da się leczyć), zatem zarówno „termin” jak i  „koniec”.  Odmiana w czasie teraźniejszym z prawidłowymi akcentami wygląda następująco:

TERmino, TERmini, TERmina, termiNIAmo, termiNAte, TERminano.  Akcent na TER, bez liczenia sylab, czy tak nie jest łatwiej zapamiętać?

A wyrazisty czasownik pragnąć to po włosku desiderare, a dokładniej:

io deSIdero, tu deSIderi,  lui/lei  deSIdera, zatem loro deSIderano.

 

Doskonale wiem, w jakich czasach żyjemy i jak media wmawiają nam, że liczy się tylko to, co sami o sobie myślimy. Egocentryzm powinien być nam jednak obcy, bo żyjemy zawsze w społeczności, w konkretnej przestrzeni publicznej, a poza nami egzystuje ponad 7 miliardów innych osób. Te osoby to oni, czyli włoskie LORO, które nastręcza nam akcentowych problemów.

 

Jeśli w czasie teraźniejszym mamy formę trzysylabową „PARlano, PRENdono, DORmono”, sami widzicie, gdzie pada akcent. W większości czterosylabowych form znów podkreślimy trzecią sylabę od końca (caPIScono, asPETtano, arRIvano, rifLETtono), czasem, o czym była już mowa, czwartą.

 

W imperfetto (czas przeszły ciągły) sytuacja jest prościutka, bo każda forma „loro” ma akcent na trzeciej sylabie od końca.

 

Zatem aMAvano, prenDEvano, dorMIvano, faCEvano, Erano.

 

To bardzo istotne, bo przecież końcówka pierwszej osoby liczby mnogiej to „MO”, zatem różnica między „MO” a „NO” będzie głównie słyszalna w akcencie.

 

Noi andaVAmo,   loro anDAvano.

 

Noi prendeVAmo, loro prenDEvano.

 

Nawet dobrzy kursanci mają nieraz z tym problem.

 

Warto przyjrzeć się akcentom w trybie rozkazującym, szczególnie tam gdzie doklejamy na koniec zaimek. Powiemy przecież VEStiti! (ubierz się), bo przecież vesTIti to ubrania.

 

Analogicznie zapamiętaj formy  „aIUtami, asPETtami, anDIAmoci”, bo są naturalne dla Włochów, którzy nie rozumieją, z czym tu można mieć problem.

 

Generalna zasada i moja dobra rada jest taka, by nie bać się podkreślać  akcentowanych sylab, by upiększać sobie słowa kropeczkami, znaczkami, bo właśnie to tworzy śpiewność i  melodykę języka włoskiego. Tak, dobrze czytasz, meLOdykę.

 

 

Jest przecież jeden LSM, jedna aleja Kraśnicka, lecz wiele akcentów.

_______________________________________________________________________________

 

Bo liczy się głównie przyszłość, czyli wracamy do gramatyki

 

Rozpisałem się w ostatnich artykułach o mojej filozofii nauczania, o życiowych doświadczeniach, pora zatem wrócić do zagadnień gramatycznych. Dziś na tapet wezmę futuro semplice, czas przyszły prosty, bo taka moja natura, że lubię wspierać słabszych i promować formy nieco mniej oczywiste.

 

Skąd taki właśnie wstęp i mowa o słabszych? Kto miał okazję chodzić na zajęcia do Sul serio, z pewnością pamięta słowa o tym, że w wielu przypadkach zamiast czasu przyszłego możemy posiłkować się czasem teraźniejszym. Lubię obrazować to taką opowieścią,  że gdyby ktoś miał chęć i pieniądze nauczyć się u mnie tylko trzech włoskich czasów, nie znalazłby się wśród nich futuro semplice. Postawiłbym z pewnością na indicativo presente, imperfetto i passato prossimo. To uczciwe podejście, niestety mało pedagogiczne. Niektórzy kursanci mogą bowiem pomyśleć, że czasu przyszłego nie warto się uczyć, a to przecież wierutna bzdura (zastanawialiście się kiedyś, kim był ten Wierut?).

 

– Uwielbiam, jak wprowadzasz nowe zagadnienia gramatyczne, bo to tak klarownie i szybko przedstawiasz – przyznała mi niedawno pewna kursantka.

 

Cytat jest zmyślony, ale potrzebowałem jakiegoś mocnego akcentu w tym miejscu. Ot, taka licentia poetica, wybaczcie. Rzeczywiście, lubię szukać nowych form i przejrzystych sposobów przeprowadzania moich podopiecznych przez meandry włoskiej gramatyki.  Gdy zaczynamy pracować nad futuro semplice, dostają zwykle taki materiał.  Wszystko w punktach, by łatwiej było odnaleźć się i przypomnieć właściwą zasadę. Zatem dziś sam możesz się poczuć jak u mnie na lekcji wprowadzającej nowe zagadnienie.

—————————————————————————————————————————–

  1. Futuro semplice to czas przyszły prosty (składający się zatem z 1 elementu), a jego charakterystyczną literą, obecną we wszystkich formach jest R. W wielu przypadkach zamiast futuro semplice możemy wprawdzie zastosować indicativo presente, co nie zwalnia nas jednak z konieczności nauczenia się tego pierwszego czasu. I jego wszechobecnych, niezmiennych końcówek – (rò, rai, rà, remo, rete, ranno) Poniżej przedstawiam schemat odmiany czasowników regularnych. Pamiętaj o nieodzownej zamianie litery A na E w pierwszej grupie czasowników (ARE). Nawet nie mów, że nie kojarzysz piosenki ”Tornerò”?

 

 PARLARE     PRENDERE   DORMIRE
1. Parle 1. Prende 1. Dormi
2. Parlerai 2. Prenderai 2. Dormirai
3. Parle 3. Prende 3. Dormi
1. Parleremo 1. Prenderemo 1. Dormiremo
2. Parlerete 2. Prenderete 2. Dormirete
3. Parleranno 3. Prenderanno 3. Dormiranno

 

  1. Tradycyjnie nieregularny jest czasownik ESSERE ( sarò, sarai, sarà, saremo, sarete, saranno)

W tym miejscu warto zauważyć, że nie istnieje we włoskim struktura odpowiadająca polskiemu czasowi przyszłemu złożonemu (będę pracować). Nie wolno więc nawet próbować zastosować struktury Sarò+bezokolicznik. Będę pracować = Lavorerò, a nie sarò lavorare. Dobry lektor to lektor żywy, nie dobijaj go zatem takimi kalkami.

 

 

  1. Wiele czasowników w futuro semplice „gubi” przedostatnią samogłoskę z bezokolicznika

 

Andare andrò, andrai, andrà andremo, andrete, andranno
Avere avrò, avrai, avrà, avremo, avrete, avranno
Dovere _______________ _____________________
Potere _______________ _____________________
Sapere _______________ _____________________

 

Zapamiętasz to łatwo dzięki powiedzeniu: Chi vivrà, vedrà! (pożyjemy, zobaczymy)

 

 

  1. Uwaga na dwusylabowe, nieregularne czasowniki na -are, czyli DARE/FARE/STARE!

 

Nie zamieniają one litery A na E, zatem ich odmiana brzmi:

Dare-  darò, darai, darà, daremo, darete, daranno /  Fare-  farò, farai, farà, faremo, farete, faranno

Stare- …………………………………………………………………..

 

 

  1. Problemy sprawia też piątka czasowników, która wymaga zastosowania podwójnej litery R w czasie przyszłym. To czasowniki BERE, RIMANERE, TENERE, VENIRE i VOLERE

 

BERE berrò,     berrai, berrà,                     berremo, berrete, berranno
RIMANERE rimarrò, rimarrai, rimarrà,          rimarremo, rimarrete, rimarranno
TENERE  terrò,     terrai, terrà,                     terremo, terrete, terranno
VENIRE verrò, _______________________________________
VOLERE vorrò, _______________________________________

 

 

 

  1. Uwaga na czasowniki zakończone na -care i gare. Dla zachowania wymowy dźwięków „k” i „g” we wszystkich formach czasu przyszłego musimy posiłkować się literą H

 

 

cercare –  ……….,…………..,……………, cercheremo, cercherete, cercheranno

pagare –  pagherò, pagherai, pagherà,      …………….,………….,……………..

 

 

 

  1. Ortografia. Czasowniki zakończone na -ciare, – giare, – sciare „gubią” w futuro semplicę literę „i”

 

cominciare – comincerò, comincerai, comincerà, cominceremo, comincerete, cominceranno

mangiare – ……………..,…………….,…………..,………………,………………,…………………

lasciare – lascerò, lascerai, lascerà, lasceremo, lascerete, lasceranno

 

 

  1. Akcenty graficzne i nie tylko

 

Akcent graficzny jest wymagany we wszystkich formach I i III osoby liczby pojedynczej.

Io parlerò, lui/lei parlerà, natomiast w wymowie należy pamiętać, że akcent pada na ostatnią sylabę każdej formy liczby pojedynczej.  Io parlerò, tu parlerai,  lui/lei parlerà. W liczbie mnogiej akcent pada zawsze na drugą sylabę od końca.  –   Noi parleremo, voi parlerete, loro parleranno

 

  1. Zastosowanie czasu przyszłego

 

Czas przyszły prosty używany jest, co oczywiste, do opisywania czynności przyszłych. To nie jest jednak jedyne zastosowanie futuro semplice.

Che tempo farà domani? Secondo me pioverà  (previsione – przewidywanie)

Se domani farà bel tempo, forse andremo al mare ( primo periodo ipotetico- I zdanie warunkowe)

Ti prometto che non ti lascerò mai più (fare promesse – składanie obietnic)

 

Na osobny akapit zasługuje wyrażenie hipotezy dotyczącej czasu teraźniejszego przy pomocy futuro semplice.

Che ore sono? Saranno le 4 (będzie gdzieś czwarta).

Perché Filippo non è con noi? Non so, sarà ancora in Italia ( może jest?)

Quanti anni ha Luigi? Avrà 30 anni, almeno credo. (a będzie miał ze 30)

 

  1. Futuro semplice a futuro anteriore

 

W języku włoskim istnieje również czas przyszły złożony nazywany futuro anteriore (uprzedni) albo futuro composto (złożony). Składa on się z dwóch elementów – pierwszym jest odmieniony w czasie futuro semplice czasownik posiłkowy avere lub essere, a drugim participio passato. Nie ma on jednak nic wspólnego z polskim czasem przyszłym złożonym (będę pracował).

 

Stosujemy tę strukturę głównie do zdań czasowych, gdy chcemy podkreślić, która z dwóch czynności w czasie przyszłym nastąpi wcześniej, a która później. Uwaga zatem na słowa quando, appena, dopo che, non appena. Drugim użyciem czasu futuro anteriore jest postawienie hipotezy co do przeszłości, ale to nie jest temat na dzisiaj.

 

Dopo che saremo tornati a casa, accenderemo la tv (po tym jak wrócimy do domu, włączymy TV)

Appena avremo finito questo esercizio, parleremo un po’. (jak tylko skończymy)

Quando la lezione sarà finita, tutti andremo a casa. (najpierw skończy się lekcja, potem pójdziemy)

 


   Na koniec anegdota o tym, jak łatwo jest popełnić błąd.

 

Wenecja, lato 2006. Jestem tłumaczem, ale tłum turystów utrudnia swobodną rozmowę i zrozumienie każdego słowa. Włoch mówi do Polaka „sAi l’italiano”? (znasz włoski?). Me młode jeszcze wtedy ucho przyjmuje literę S, całe słowo „italiano”, jednak wydaje mi się, że usłyszałem pytanie „sEi italiano?” (jesteś Włochem?). Mój  znajomy z Warszawy, któremu miałem przez dwa tygodnie pomagać językowo, nie rozumie pytania i patrzy na mnie błagalnym wzrokiem.  Włącza mi się głupia przypadłość, polegająca na dowcipkowaniu. Odpowiadam z pełnym przekonaniem, choć to humor abstrakcyjny, „ oggi no, ma fra due settimane lo sarà” (dziś nie, ale za dwa tygodnie nim będzie). Przecież jestem przekonany, że pytanie brzmiało „jesteś Włochem?  Włoch patrzy na mnie jak na wariata, analizuje coś w myślach i mówi po chwili: saprà ! (będzie znał !). Następnego dnia dziękuje mi za wizytę, za pomoc i dodaje: musisz popracować nad twoim włoskim, szczególnie nad… czasem przyszłym. Odpuszczam tłumaczenie, skąd u mnie takie językowe faux pas (podobno w pewnej polskiej miejscowości istnieje wersja „fa bą” tego francuskiego zwrotu), uważam też nie na miejscu opowiadanie o tym, że z form czasu przyszłego nie tak łatwo mnie zagiąć.  Ale jedna rzecz jest prawdziwa, włoskiego muszę się nadal uczyć. I całkiem podoba mi się ta wizja, bo nie chcę już popełniać podobnych „fa bą”.

______________________________________________________________________________

„Idź na skróty – plastic beauty”, czyli a może tak rzucić wszystko i pójść w rzęsy?

 

Wybaczcie moją ignorancję, ale do lata ubiegłego roku nie wiedziałem, że kobiety noszą sztuczne, doklejane rzęsy. I myślę, że w tej błogiej nieświadomości żyło mi się całkiem, całkiem. Owszem, gdybym miał zeznawać przed sądem, pewnie powiedziałbym, że coś takiego jak sztuczne rzęsy gdzieś istnieje, ale korzystają z nich raczej tylko aktorki czy modelki przed jakąś wystylizowaną sesją fotograficzną. A już do głowy by mi nie przyszło, że takie rzęsy to trzeba poprawiać i doklejać co trzy tygodnie, jak zapewniają mnie znajome, domorosłe kosmetyczki.

 

Dlaczego o takich głupotach piszę na blogu poświęconym nauce języka włoskiego? Wspominałem już kiedyś, że w czasie studiów ogłaszałem swe usługi korepetytorskie hasłem „włoski to rozrywka intelektualna, żadnych tipsiar i kosmodziewczyn”, ale sami rozumiecie, biła ode mnie młodzieńcza werwa, szaleństwo, te sprawy. Dziś czasami mam wrażenie, że zamiast pracy lektorskiej należało wtedy otworzyć salon sztucznej piękności o melodyjnej nazwie „Idź na skróty – plastic beauty”.

 

Nie przypuszczałem bowiem, że nastąpią czasy portali społecznościowych, a poważne, wydawałoby się, osoby zaczną robić dziubki, doklejać sobie kocie wąsy czy uszy i wciąż uchodzić za intelektualistów.  Gdzie w tym wszystkim mają się przebić języki obce, wymagające skupienia i tysięcy monotonnych „dupogodzin” spędzonych nad ćwiczeniami? Sprawa jest prosta, a czas nie z gumy, więc jeśli poświęcasz kilka godzin dziennie na durne filmiki i przeglądanie zdjęć znajomych, jeśli wydajesz pieniądze na rzęsy, a nie na rozwój intelektualny, zostaniesz na końcu z tym plastikiem, a prawdziwe życie przejdzie ci przez palce. Owszem, twój wybór, twój czas, twoje pieniądze, w sumie nic mi do tego, ale niewiele wniesiesz do historii ludzkości, egzystując przecież w konkretnym kontekście społecznym. Jedna z największych bzdur propagowana przez świat reklamy mówi, że liczy się tylko to, co sami uważamy za słuszne, że inni mieszkańcy Ziemi są li tylko dodatkiem do naszej wyjątkowej osoby, a wartość ma jedynie nasze zadowolenie i wysoka samoocena.

 

Żyjemy w czasach niezliczonej dawki bodźców ze wszystkich stron, widzę to też po kursantach, którzy mają problem, by na 90 minut rozstać się z telefonem, messengerami i innymi dystraktorami, jak fachowo nazywamy rzeczy odciągające naszą uwagę.  – Wyciszamy się, skupiamy, przygotowujemy swoje serce i umysł na lekcję  – powiedziałem lata temu do ładnej dziewczyny czekającej w Dialogo na zajęcia z hiszpańskiego. Popatrzyła na mnie złowrogo, przekonana, że stroję sobie żarty z języka religijnego i typowych formułek katechetów. Nic bardziej błędnego, bo skoro może tylko 1/4 kursantów zapisujących się do szkół językowych osiąga po latach pracy poziom C1, czyli jest całkowicie samodzielna, trzeba non stop szukać odpowiedzi na pytanie, dlaczego tak wiele osób polega w tej walce.  Gdzie leży wina po stronie lektorów, gdzie zawinił kursant, a gdzie wszelkie inne okoliczności przyrody?

 

Mogę powtarzać to po raz setny, ale brak konkretnego celu i wiary w siebie jest dużo większym problemem niż słabsze językowo ucho, ograniczone możliwości czasowe czy antypatyczny nauczyciel.

 

– Chcę za dwa lata mówić  po włosku bez błędów – zapowiedziała mi w ubiegłym tygodniu jedna z kursantek. O, wreszcie konkrety,  pomyślałem sobie, a faceci lubią konkrety, jeśli nie pamiętacie. Błąd jest naturalnym elementem językowym, nie wolno się go bać, ale też jeśli ktoś po tuzinie lat nauki pisze mi, że pizza jest „benissima”, powinien się już wstydzić. Tylko trzeba też sobie powiedzieć, że są kursanci minimalistyczni, którym wystarczy to, że rozumieją i jakoś składają te swoje zdania. Trudno mi zrozumieć do końca takie nastawienie, bo jest to w wielkiej sprzeczności z moją filozofią pracy nastawionej na efekt. Szkoła Sul serio nie jest przecież działalnością charytatywną, to moje główne źródło utrzymania, pobieram opłaty za kurs i czuję się odpowiedzialny za jakość świadczonych usług.

 

W jednej z grup powiedziałem, że gdyby moi podopieczni wiedzieli, jak wielką frajdę sprawiają mi ich postępy, uczyliby się po prostu dla mnie, by zrobić dobry uczynek wobec drugiego człowieka.

 

Wiosną szkoliłem sympatyczną panią pracującą przez większość roku w Genui. – Dorosłam do zajęć, bo wcześniej uczyłam się tylko sama i wiem, że mówię bardzo źle gramatycznie – powiedziała na wstępie. Posłuchałem kilku jej zdań i odrzekłem: „ jeśli zabiję w pani naturalną chęć mówienia, polegnę całkowicie jako lektor, ale wiele rzeczy możemy wspólnie wyczyścić”.

 

Znalezienie wspólnego języka jest kluczowe w relacji kursant- lektor. Ostatnio bombardowałem prostymi pytaniami nową studentkę, ale po kolejnych jej grymasach i niezadowoleniu, zapytałem po prostu :  ile dają teraz za morderstwo w afekcie? Wyliczyłem, że wyszedłbym pewnie po dekadzie, ale minęło kilkanaście minut lepszego fragmentu zajęć, a kobieta zripostowała z szelmowskim uśmiechem: „zaraz to chyba mnie zamkną”. Odgryzła się, bardzo to lubię, bo jeśli choć jedna ze stron czuje się nieswojo, nic z tej nauki nie będzie. Trzeba zmienić lektora, szkołę, szkoda czasu i pieniędzy.

 

Szukanie nowych językowych inspiracji jest kluczowe w przypadku ludzi uczących się od lat. Bo ile można siedzieć w jednej sali z tym siwiejącym Pomorskim, słuchać jego żartów, docinków, ironii? Nudy, panie, jak w polskim filmie, nic się nie dzieje! A musi się dziać, by wciąż włoski dawał radość w sercu, taką zdrową ekscytację jako najpiękniejszy język świata. Dowody? Proszę bardzo.

https://www.youtube.com/watch?v=B2CzsGlVDBU

 

Nigdy nie udało mi się nauczyć włoskiego kogoś, kto tego nie chciał, nie mam w sobie żadnej magicznej mocy, poniosłem dziesiątki porażek dydaktycznych, ale nie pójdę na kasę do supermarketu ani nie będę nikomu doklejał rzęs. Choć jeszcze niedawno, gdy poszedłem na kawę z obłędnie piękną lektorką hiszpańskiego, wspólnie snuliśmy plany założenia takiego salonu.  W tych czasach to z pewnością lepszy biznes niż działalność dydaktyczna.

 

Chciałem stworzyć kameralne miejsce nauki włoskiego, gdzie przyjdziesz na kawę, wypożyczysz wartościową książkę, pogadasz, poznasz cudownych ludzi uczących się całe życie, pośmiejesz się, rozwiniesz i wyjdziesz nieco strudzony, ale z uśmiechem.  I mimo tego cholernego sceptycyzmu, którego u siebie nie znoszę, udowodniłem, że nie była to „mission impossible”. Już teraz mogę zaprosić do zapisów na nowy rok szkolny 2019/2020. Planuję kilka nowinek, ale o tym kiedy indziej.  Nie, nie będę miał doklejonych rzęs, spokojnie.

 

Już po publikacji wpisu odezwała się do mnie wspomniana piękna iberystka i słusznie zarzuciła: ” a co tak się czepiasz tych rzęs? Przecież to też włoski. Tylko takie mniejsze”.

________________________________________________________________________________

Zakochaj się na wiosnę, najlepiej we włoskim

 

Dopiero co za nami walentynki (raptem jakieś 6 tygodni temu), zatem miłosny temat wydaje mi się jak najbardziej adekwatny. Ale jak połączyć miłość i naukę, zapytają niektórzy? Żelaznym łańcuchem – odpowiem szybko. Nie wierzę w skuteczne zgłębianie obcego języka bez zwyczajnej frajdy i zakochania się w jego specyfice. To znaczy, potrafię sobie wyobrazić, ba, spotkałem nawet wielu językowych rzemieślników, jednak to nie jest mój wzór do naśladowania.

 

– Czy w tak poważnym wywiadzie do gazety przejdzie czasownik „jarać się”?  Jeśli tak, napisz, że „jaram się” trenowaniem – zapytała mnie dwa lata temu znana polska piłkarka ręczna, która zbliżała się do końca kariery. Z roli zawodniczki stopniowo przechodziła do funkcji szkoleniowych, odkrywając magię dzielenia się wiedzą i doświadczeniem. Tak, spotkaliście w swym życiu pewnie dziesiątki smutnych, sfrustrowanych nauczycieli, myślących całą lekcję, co dziś zrobią na obiad do schabowego, ale nie zapominajcie, że obok nich funkcjonują również ludzie z pasją, z werwą, błyskiem w oku.

 

– Języka należy uczyć się dynamicznie, ja sobie dałam 3 lata na hiszpański, by czuć się w nim swobodnie – przyznała kiedyś pewna moja znajoma z podstawówki. Jesienią będę obchodził piętnastolecie pracy zawodowej w niesakramentalnym związku z placówkami prywatnymi i wierzcie mi, że przemyśleń mam na wiele rozdziałów książki.

 

Co powoduje, że niektórzy po latach chodzenia na kursy wciąż nie czują się swobodnie, a inni po trzech semestrach brylują na tle grupy? To nie będzie jakaś bardzo metodyczna analiza, nie zaprezentuję wam statystyk, nie robiłem specjalistycznych badań, ale swoje wiem i nie zawaham się napisać.

 

  1.  Strach.  Nie wiem, czy wynika to bezpośrednio z kultury, w jakiej wyrastaliśmy i takiego a nie innego modelu wychowania, który zwykle podsumowuję zdaniem „nie dotykaj, bo zepsujesz”, ale takie mam po prostu przeczucie. Wciąż spotykam wśród kursantów ludzi ze strachem w oczach, bojących się oceny, błędu, niepewnych siebie i zestresowanych życiem. Mogę stawać na głowie, by stworzyć przyjemne, swobodne warunki pracy, ale i tak biję tylko głową w mur.  – Nie oczekuj ode mnie, że ja będę odpowiadała długimi zdaniami, bo taka jestem, że dopóki nie nauczę się dobrze języka, mówię tylko półsłówkami – przyznała mi kiedyś szczerze dziewczyna z warszawskiej korporacji. Ta sama od bullshitów i rephrase’ów, jeśli pamiętacie z innego wpisu.

 

  1. Przecenianie zajęć.  Jeśli język traktujesz poważnie, a nie czysto hobbistycznie, zajęcia z lektorem to mecz, a twoja praca własna to trening. – Mecz w weekend jest dla mnie tylko zobrazowaniem tego, co widziałem na treningu przez tydzień – powiedział kiedyś na konferencji prasowej chorwacki szkoleniowiec, którego tamtego dnia tłumaczyłem. Ja nie mam wglądu w to, co robią między lekcjami moi uczniowie, ale oczywiście widzę tego efekty.  Lektor może przyjść na zajęcia nieprzygotowany, jeśli ma doświadczenie i trochę talentu, poleci lepiej już gorzej na spontanie (choć nie do końca powinien). Kursant już takiego komfortu nie ma, szczególnie w początkowym etapie nauki, a brak tego zacięcia i pracy własnej, wierzcie mi, są dość irytujące.  – Nie miej do mnie pretensji i nie bądź zawiedziony, ale nie mam teraz czasu na naukę polskiego, bo zajęta jestem pisaniem magisterki – wyznała mi niedawno zagraniczna studentka, ale w moich oczach i tak zobaczyła po chwili i zawód, i smutek.

 

  1. Brak realnej motywacji i postawionego celu

Pisałem o tym już wielokrotnie, ale w przypadku nauki włoskiego w Polsce to jeden z wiodących problemów. Kursanci jeżdżą na wakacje do Włoch, obejrzą czasem i jakiś film w oryginale, ale czy to wystarczające paliwo, by zrobić dwa ćwiczenia więcej na dane zagadnienie, przewertować słownik albo małe rozmówki tematyczne? Owszem, mam to szczęście, że uczę również Polaków mieszkających za granicą, także w Italii, zatem osoby, które włoskiego używają na co dzień i mogą od razu przetestować, czy nie sprzedałem im jakiejś głupoty. Rozmawiam z wieloma lektorami i wiem, że jedną z najtrudniejszych prawd nauczania jest uświadomienie sobie, że nie wykształcimy wszystkich, że musimy ponieść porażki dydaktyczne i że nie każdy podopieczny stawia sobie za cel bycie lepszym od lektora.  – Michał, ty sobie nie zdajesz sprawy, ile dla mnie znaczy, że nauczyłam się włoskiego. Nauczyłam na tyle, na ile mówię, sam wiesz zresztą, ale poznałam nowy język po pięćdziesiątce, to niesamowite – przyznała mi kiedyś dumna z siebie kursantka. To budujące słowa, bo patrzę na swą pracę krytycznie i często zapominam o tym, że dla wielu nauka jest także podjęciem próby przełamania lęków, oporów.

 

  1. Brak miłości.

– Co możemy zrobić z tą rurą, można ją jakoś obudować ? – zapytałem kiedyś inżyniera, który oglądał moją nieumeblowaną jeszcze salę zajęć.  – Nie, musisz ją po prostu pokochać – odrzekł ze swym wrodzonym urokiem.  I wiecie co? Ja tę rurę pokochałem, przywiesiwszy sprytnie do niej włoską flagę.  Żyjemy w klasycznej symbiozie od ponad trzech lat.  Czy jako kursant mam się bać każdego „di”, „a”, „da” czy „gliene”? Czy mam szukać sobie wymówek, że congiuntivo è morto, zamiast czasu przyszłego wsamraśny będzie i czas teraźniejszy, a Kopernik była kobietą?  Nie, tu trzeba miłości, miłości trzeba tu.  Sprytu, sposobu, odejścia od schematu.

 

– Se dici „sedici”, dici „szesnaście”, bo włoskie „sedici” tą liczbą właśnie

Powiem ci tylko tylle, tysiąc to po włosku mille, ale jeszcze chwila i masz już duemila.

 

Napisałem niedawno te moje stare rymowanki na tablicy, kursanci popatrzyli, przeczytali, a jeden z nich powiedział „ nie wiem, co pan pali, panie Michale, ale nieźle działa”.

 

No to zakochaj się we włoskim, a będzie ci lepiej. Mnie zresztą też.