Blog


Sbagliando s’impara, czyli uczymy się na błędach (cz. 1.)

Błąd to naturalny element językowy – powie każdy rozumny lingwista. Błędów nie należy się zatem wstydzić, o ile naszym celem jest redukowania ich liczby, a z czasem osiągnięcie pełnej świadomości językowej. Czym się ona objawia? Między innymi umiejętnością tzw. „autocorrezione”, czyli znalezieniem własnej pomyłki i poprawieniem jej.

Załóżmy, że chcę pochwalić się pobytem we włoskim niewielkim hotelu i powiem: Sai, il soggiorno in quell’albero era proprio fantastico”. Dla niewtajemniczonych dodajmy, że hotel to alBERgo (z akcentem na drugą sylabę), natomiast ALbero (z akcentem na trzecią sylabę od końca) to…drzewo.

Jeśli zrozumiemy szybko swój błąd i zdążymy krzyknąć : – ma quale albero, volevo dire ALBERGO!, rozmówca tylko się uśmiechnie
i pochwali za szybką reakcję. Gorzej, jeśli całe włoskie życie myślimy, że albero to hotel, colazione kolacja, a pensione pensja.
albero albergo
O innych „falsi fratelli”, czyli oszukańczych podobieństwach już zresztą pisałem na sulserio.pl

Nigdy nie zapomnę, gdy na ustnej maturze próbnej przyszła studentka miała poprowadzić dialog na poczcie i speszona zaczęła od wielce niefortunnego zdania: Vorrei un frigorifero. Do dziś mam pewnie ślad od ugryzienia się w język, bo jakoś powstrzymałem się wtedy od najbardziej logicznego pytania: con freezer o senza? Niewtajemniczonym przetłumaczmy, że na poczcie kupujemy znaczek, czyli francobollo, natomiast frigorifero to lodówka, która może być z zamrażalnikiem ( con freezer, congelatore) lub bez (senza).

Talent do tworzenia neologizmów mają nasi kursanci ogromny. Gdzie byli pierwszego listopada? Al „cmentario” (prawidłowo: cimitero), spolszczony brat to dla niektórych „bratello” a nie fratello. Błędy popełniają też lektorzy innych języków znający włoski ze słynnym ” il acquario” jako zlew (sic!) ( prawidłowo: l’acquaio, il lavandino) w jednej z audycji radiowych… Powtarzam, błędów nie należy się wstydzić, ale dążyć do ich redukcji.

Świadomość językowa to też umiejętność korzystania ze słowników. Co powiedzieć o kursancie, który chcąc się pochwalić, że buduje swoją tężyznę fizyczną na siłowni, zajrzał do słownika i zadowolony wstawił do wypracowania słowo: centrale elettrica? Zdziwiłem się pewnego dnia, dostając od licealisty pracę pisemną noszącą romantyczny tytuł „La mia cara a casa” i naprawdę zajęło mi dobrą minutę zrozumienie, że uczeń miał na myśli „moja droga/trasa do domu”.

Kiedyś, pracując w tymże warszawskim liceum, zapytałem klasę o pierwszą osobę liczby pojedynczej nieregularnego czasownika uscire (wychodzić) i w odpowiedzi usłyszałem przepiękną formę „uszko”. Z opowieści wiem, że pewien student UG przeczytał słowo „occhi” jako „oczki”. Jak sobie poradziliśmy z trudnym czasownikiem „uscire” i jego formą io esco (wychodzę)? Postawiliśmy na rymowankę „esco dal Tesco”, którą można byłoby przedłużyć na ” esco dal Tesco ma non ci riesco perché è troppo grottesco” (wychodzę z Tesco, choć nie daję rady, bo to zbyt groteskowe). Każda metoda jest przecież dobra, by zapamiętać prawidłową formę!

Szczególnie na początkowym etapie nauki błędy są nieodzownym elementem. Znana polska tłumaczka przyznała, że podczas pobytu we Włoszech w latach 70-tych postanowiła kupić wielkie opakowanie proszku OMO, które nosiło nazwę „Omo gigante”. Idąc do sklepu, powtarzała całą drogę nazwę produktu, ale już przy ladzie powiedziała: „Vorrei uomo gigante”. Uomo to po włosku mężczyzna. Traf chciał, że obok starszej ekspedientki stał jej potężny syn, a bystra sprzedająca zapytała, wskazując palcem na niego : Quello Le basta? (ten Pani wystarczy?).

Nie tak dawno uspokoiłem swoją znajomą, która zapytała mnie o znaczenie wyrażenia „figurati”, jakie często używali wobec niej Włosi. „Figurati” to po włosku ”nie ma za co”, a nie jak błędnie myślała koleżanka komentarz do jej zgrabnej sylwetki.
Z uśmiechem wspominam dziś czasy, gdy jako nastolatek podczas pobytu we Florencji byłem zafrasowany napisem „senso unico” pod jednym ze znaków drogowych. Co gorsza, miałem już prawo jazdy i mogłem się był domyślić, co oznaczają te słowa pod pionową białą strzałką na niebieskim tle. Chodziło oczywiście o ruch jednokierunkowy, natomiast moja pierwsza myśl była taka: „jedyny sens, unikatowa sprawa, pewnie jakieś muzeum, galeria, pójdę tą uliczką jutro, bo dziś nie mam czasu”.

Lapsusy językowe są zatem nie do uniknięcia. Pewna mama, siedząc przy kawie ze swoją córką i włoskim znajomym, starała się nauczyć cudzoziemca polskich liczebników.Starannie tłumaczyła różnice między dziwnymi formami –dwóch, – dwoje i chcąc posłużyć się innym przykładem, pomyślała o sobie, popatrzyła na córkę, potem na znajomego i radośnie powiedziała. Per esempio, noi siamo TROJE. Pozwólcie, że tym razem bez tłumaczenia.

Zresztą, jak mówi stary żart, najsłynniejszy lapsus miał miejsce podczas obiadu rodzinnego, gdy mąż chciał powiedzieć do żony ” Passami il sale, per favore (podaj mi proszę sól), a powiedział „Mi hai rovinato 30 anni della vita” (zepsułaś mi 30 lat życia).
I tym humorystycznym akcentem zamknijmy na chwilę kwestię wszelakich lingwistycznych wpadek, pamiętając o fundamentalnym dla nas przysłowiu „sbagliando s’impara” – uczymy się na błędach.
C.D.N.

Panowie o niskich głosach, czyli lektorzy na bruk!

Jak to, lektorzy na bruk? Szaleju się ojadł? Szkoda bruku, pomyślą złośliwi kursanci. Spokojnie, nie chodzi o lektorów w znaczeniu nauczycieli języków obcych. Ich jakoś da się ścierpieć, choć czepialscy są, uszczypliwi, a niektórzy nie dają nawet ściągać. Dziś mowa będzie o innych lektorach. Tych absolutnie nie do zniesienia, niestety chyba również w znaczeniu nie do usunięcia.

Jedną z najbardziej szokujących rzeczywistości, jakie odkrywa cudzoziemiec uczący się polskiego po przyjeździe do naszego kraju jest nie tylko słowo dobranoc, nieakcentowane bynajmniej na ostatnią sylabę czy krótkie, dosadne „no” w groteskowym znaczeniu „tak”. Wielkim, traumatycznym przeżyciem jest obecność w telewizji panów o niskich głosach, których tubylcy nazywają lektorami. W sumie nazwa słuszna, bo lektura to czytanie, a panowie o niskich głosach właśnie tym się zawodowo pałają. Tylko czy nie mogliby (tak zamiast) poczytać coś na głos swoim dzieciom albo nawet żonie, choć to przecież zupełnie obcy człowiek, a nie członek rodziny?

Tak jak są trzy podstawy sukcesu językowego (ale o tym później), tak są trzy sposoby transpozycji obcych materiałów filmowych. Mowa głównie o zagranicznych serialach i filmach proponowanych rodzimym widzom. Jeden sposób jest znakomity, drugi przeciętny, trzeci czysto patologiczny.

Na czystą patologię postawiła Polska, na przeciętność między innymi Włosi i Niemcy, znakomity wariant wybrały chociażby Macedonia, Chorwacja czy kraje skandynawskie. Osoba podróżująca po Europie już pewnie wie, do czego piję. W krajach byłej Jugosławii obcojęzyczne produkcje są pokazywane z NAPISAMI w rodzimym języku. Pamiętam moje obawy związane z pierwszym dłuższym pobytem w Skopje w 2008 roku, gdy bliscy znajomi przestrzegali mnie przed niebezpieczeństwem „dzikiego kraju”, a także przed problemami z komunikacją międzyludzką. Na miejscu okazało się, że poza szalonymi kierowcami i absurdalnym brakiem oznakowań przystanków komunikacji…miejskiej, stołeczne miasto może się nawet podobać. Macedończycy, którzy mnie gościli i ich znajomi, mimo dużej nieśmiałości, płynnie posługiwali się angielskim. Tylko dzięki telewizji- jak zapewniali – setkom seriali i filmów dostępnych w państwowych kanałach w oryginalnej ścieżce dźwiękowej. Tę samą obserwacją podzielił się ze mną niedawno pewien Chorwat ze Splitu, narzekający na mierny poziom nauczania w szkołach. – Gdyby nie telewizja i turyści nikt nie znałby tu żadnego języka obcego, tymczasem pokolenie mojej mamy ogląda latynoskie telenowele i zapamiętuje całe zdania po hiszpańsku – tłumaczył mi Mladen.

Francuzi, Niemcy, Włosi wolą zagraniczne produkcji dubbingować. W Polsce przyjęliśmy, że dubbing dotyczyć będzie tylko materiałów dla najmłodszych. Popełniliśmy dydaktyczną zbrodnię wobec niewinnych niczego dzieci. „Doppiaggio” nie jest wcale optymalnym rozwiązaniem. Jest „doppio”, czyli między innymi dwulicowe, podstępne. Nasi rodacy zwykle wybuchają śmiechem, słysząc znanych amerykańskich aktorów mówiących nie swoim głosem. Z punktu widzenia nauki języków przez Polaków taki dubbing we włoskiej telewizji nie jest jednak dramatem. Mogą przecież obejrzeć znane im produkcje w nowej, oryginalnej ścieżce dźwiękowej, a w Italii „doppiaggio” stoi na wysokim poziomie.

Wybór trzeciej drogi, czyli zagłuszanie ścieżki dźwiękowej tubalnym głosem męskim (z wyjątkiem niektórych nocnych filmów, nie dla najmłodszych, na pewnym kanale z plusem w nazwie) ośmiesza nasz kraj tak samo jak numeracja peronów i torów na każdej stacji kolejowej. Tu i tu mamy do czynienia z imposybilizmem, cudownie przetłumaczonym na polski jako „niedasizm”. Czy doczekamy czasów, gdy wejdziemy na polski dworzec PKP i zobaczymy kolejno peron pierwszy, drugi, trzeci, czwarty, bez żadnego posługiwania się słowem tor? Zapytajcie znajomych o opinię na ten temat. Popatrzą na was z wyrzutem i powiedzą: a w czym ci to przeszkadza? Widocznie tak jest, bo tak ma być! Już nie upieram się nawet, by używać, tak jak Włosi, liczebników głównych a nie porządkowych i mówić: peron jeden, peron dwa. Cóż zrozumie obcokrajowiec ze zdania: pociąg do Krakowa odjedzie z toru siódmego przy peronie drugim? Nieważne, odbiegliśmy nieco od tematu głównego.

Dlaczego tak nie znoszę lektorów telewizyjnych? Bo nawet przy ich pięknych głosach czy maestrii w interpretacji tekstów zabijają oryginalną, zagraniczną ścieżkę dźwiękową, zabierając nam jedną z trzech najważniejszych podstaw nauki każdego języka – EKSPOZYCJĘ na ten właśnie język. Przyzwyczaili nas też do lenistwa i gdyby dziś zrobiono badania, czy polscy widzowie woleliby oglądać filmy z lektorem, z napisami czy dubbingowane, jestem przekonany, że większość zagłosowałaby za panami o niskich głosach. Mniej więcej dekadę temu gazeta Dziennik próbowała skruszyć mur i zainicjować dyskusję o niepotrzebnej obecności lektorów w polskiej telewizji. Dyrektorzy poszczególnych stacji byli wyjątkowo lakoniczni, jedynie szef komercyjnego kanału przyznał, że niczego nie zamierza zmieniać, by nie utracić widzów. Przyznam wam, że to co robią prywatni nadawcy, o ile oczywiście nie łamią prawa, niewiele mnie obchodzi. Telewizja Polska mogłaby jednak w ciągu kilku miesięcy wprowadzić napisy do wszelkich zagranicznych produkcji i podpiąć tę akcję pod wartości i misje edukacyjne. Oczywiście, chodziłoby zwykle o materiały po angielsku, wcale nie po włosku, ale gdy zobaczyłem badania, w których 62% Polaków zadeklarowało znajomość języka Szekspira, wziąłem i „pękłem” ze śmiechu. Owszem, masowo znamy angielski, ale mniej więcej tak, jak Ecik znał włoski w starym dialogu z Masztalskim.

Ecik, ty naprawdę umiesz godoć po włosku?
– No umiem. (znów to nieszczęsne no)
– To powiedz coś po włosku!
– Paszoł won!
– Dyć to nie po włosku!
– O kurde, toć to ja nie wiedzioł, że ja znam jeszcze jeden język!

Jest jawną kpiną, że mając do dyspozycji proste i wcale niekoniecznie droższe rozwiązanie, stawiamy od lat na lektorów. Wróci taki telewizyjny lektor do domu i już pewnie nie poczyta ani dzieciom, ani nawet tej nieszczęsnej, obcej żonie.
Osłuchiwanie, tzw. ekspozycja na język jest absolutnym fundamentem. Smykałka do nauki dźwięków, tzw. dobre ucho jest naprawdę dużo mniej istotne.

– Nie mogę uczyć pani syna gry na skrzypcach. On w ogóle nie ma słuchu – przyznał pewien nauczyciel muzyki
– Panie, on nie ma słuchać, on ma grać!

Ten dowcip chyba właściwie obrazuje problem, o którym mowa w tekście. Przypomina mi się też opowieść znajomego kibica, który miał duże ambicje sportowe i poszedł do miejscowego trenera od motoryki z prośbą o radę.
– Trenerze, muszę zacząć biegać, żeby schudnąć.
– O nie, kolego, ty to musisz schudnąć, żeby zacząć biegać.

Nie akceptuję argumentów kursantów, którzy wzbraniają się przed oglądaniem włoskiej telewizji i słuchaniem radia, mówiąc, że nic z tego nie rozumieją. – Ty nie masz rozumieć, żeby słuchać, ty masz słuchać, żeby rozumieć.
A pozostałe dwie podstawy sukcesu? Oprócz ekspozycji na język to twoja motywacja i praca własna. Ale o tym już przy innej okazji.

dworzec-2

Anno nuovo, vita nuova, czyli przypomnienie pewnej filozofii

Nowy rok, nowe życie – to jedno z najpopularniejszych powiedzeń włoskich w pierwszych dniach stycznia. Dla kursantów Sul serio nowy rok zaczyna się jednak w październiku, gdy po długich wakacjach przypominają sobie, że ktoś na nich czeka i pragnie przekazywać swą zdobywaną latami wiedzę. W swych artykułach na tym blogu staram się nie tylko zachęcać do nauki, dawać wskazówki, ale także prezentować pewną filozofię, która chciałbym, żeby była i wam bliska.

Ostatnie lata to prawdziwy zalew „plastikowego” słownictwa, nie tyle kalk, co wręcz „kalek językowych”, a także terminologii korporacyjnej, która przedostała się do naszej codziennej komunikacji. Dziękuję każdego dnia, że mogę budzić się w Lublinie, że nie mieszkam już w Warszawie i nie muszę uczyć ludzi tworzących podobne zdania, jak moja była kursantka. Przykłady? Proszę bardzo.

– No mówię ci, byłam wczoraj w aptece, pokazuję farmaceutce receptę, a ona mówi, że to co przepisał mi lekarz to jest zwyczajny „bullshit” – opowiada
– Naprawdę tak powiedziała farmaceutka, bullshit? – kpię bezczelnie, robiąc przy tym poważną i przejętą minę
– No nie, nie powiedziała dosłownie „bullshit”, to taki „rephrase” – wyjaśnia dziewczyna.

Życie przerosło kabaret i stary dowcip, gdy jedna kobieta opowiadała drugiej w autobusie:
– Słuchaj, kochana, szłam wczoraj à propos kawiarni, to weszłam i skompromitowałam dwa ciasteczka.
– Szanowna pani, niech pani nie stosuje słów, których znaczenia pani nie rozumie – wtrąca się do rozmowy starszy jegomość
– Hola, hola, ma pan do mnie jakieś alibi? – odpowiada kobieta

Jakie trzeba mieć kompleksy, albo jak ubogie musi być nasze słownictwo, skoro rozmawiamy takim metajęzykiem? Stoję w maju na lotnisku Ferenca Liszta w Budapeszcie w kolejce po bilety miejskie. Przede mną grupa pasażerek z Polski. – Słuchaj, te bilety to potem musimy jakoś zwalidować? – pyta jedna drugą. Czy mózg też można zwalidować?

Języki to zbyt piękny element świata, by nimi tak otwarcie gardzić. Kultura słowa nie ma się wiązać z pompatycznością, pretensjonalnością, ma być tylko sztuką umiejętnego korzystania z wielkiej palety barw, jaką daje nam polski czy włoski. Pamiętacie, co na temat congiuntivo (trybu łączącego) powiedział zmarły niedawno Umberto Eco. – Tylko ten, kto zna congiuntivo może się nim posługiwać. Ma taki wybór. Ten, kto nie zna tego trybu, wyboru nie ma. Proste? Proste. Prawdziwe? Prawdziwe. Jeśli w życiu do czegoś się przydają pieniądze, to głównie do tego, by dać nam wybór. Nie dają bezpośrednio szczęścia, ale dają wybór. Ty też masz wybór, co chcesz zrobić ze swoim włoskim.

Studio l’italiano perché ci tengo – uczę się włoskiego, ponieważ mi na nim zależy. To powinno być motto moich kursantów. Pamiętam, jak kilka lat temu uczyłem maturzystkę, której zaleciłem osłuchiwanie się z językiem, proponując pewne internetowe radio. – No i jak?- zapytałem ją po kilku dniach. – Słucham, ale jakoś tak dziwnie, bo wszystko po włosku – odpowiedziała szczerze.

Zobaczcie, do tego stopnia przywykliśmy do języka angielskiego w piosenkach, w telewizji, w serialach, że ciągła obecność włoskiego staje się dla niektórych rzeczą mało naturalną. A jak inaczej poznać język, niż zanurzyć się w nim po same uszy? Tak, złap się właśnie teraz za uszy i powiedz sobie, że od października chcesz być po nie zanurzony. Przecież nauka języków obcych w Polsce jest już sama w sobie rzeczą dość abstrakcyjną, oddaloną, nie z naszej winy, od rzeczywistości. Wychodzicie z zajęć i wracacie do polskiego, którego używacie w domu, w pracy, na uczelni. Dlatego te zwykle 180 minut tygodniowo spędzone w Sul serio powinno być dla was rodzajem meczu dla prawdziwych sportowców. Mecz ma być wszak nagrodą za serię treningów pod okiem i bez obecności szkoleniowca.

Analogie do świata sportu nie wynikają bynajmniej z mojej miłości do kobiecej piłki ręcznej. Systematyczność, uczciwość, zaangażowanie popłacają i tu i tu. Taką samą przyjemnością jest oglądanie sportowców o wspaniałej technice, którzy panują całkowicie nad swoim ciałem, jak słuchanie osób, które znakomicie opanowały język, potrafią zaintrygować rozmową, narracją, żartem.

Oto dwa przykłady wywiadów polskich piłkarzy z włoskiej SERIE A. Jak sądzicie, który z nich zrobił większą karierę?


Czy pierwszy filmik nie zawstydza was, a jednocześnie nie wzbudza odruchu naturalnej sympatii do zdolnej tłumaczki, która staje na głowie, by cokolwiek zrozumieć z pomieszanych słów w kilku językach?

Czy w przypadku drugiej rozmowy nie zazdrościcie podświadomie Bartoszowi Salamonowi, że mówi z taką swadą, będąc wielkim „gentiluomo” w każdym zdaniu?

Chciałbym uczyć osoby ambitne i wyzwalać w nich te wewnętrzne możliwości.
– Miała duży talent sportowy, ale okazało się, że nie ma talentu do pracy – powiedział niedawno o pewnej prawoskrzydłowej mój znajomy trener. Avete capito?

Falsi fratelli, czyli siła skojarzeń

W wielu językach obcych istnieją słowa bardzo podobne do tych, które powszechnie używamy po polsku. Nie znaczy to jednak, że ich znaczenie jest zawsze identyczne. Język włoski, tak wielbiony i chętnie przyswajany przez naszych rodaków kryje dużo pułapek, a problem, o którym traktuje poniższy wpis nazywamy „falsi fratelli” – czyli dosłownie „fałszywi bracia”.

O ile Polacy z radością przyjmują do wiadomości, że słowo „veranda” to naprawdę weranda, o tyle nie kryją zdumienia, gdy dowiadują się, że „colazione” to śniadanie. Podobnych przykładów jest bardzo wiele. „Divano” to kanapa, z kolei słowo dywan to po włosku „tappeto”. Tapeta to „carta da parati”, choć niektórzy próbują nieudolnie zmieniać tę formę na „pareti”, myśląc, że chodzi o słowo ściany. Punizione to włosku kara, ale calcio di punizione w piłce nożnej to nie jest rzut karny, ale rzut wolny.

Dziewczyny nie powinny się oburzać na zdanie: „sei molto garbata”, jako że garbata to po włosku uprzejma. Wątpliwości budzi natomiast „gabinetto”, bo określa także ubikację, w przeciwieństwie do „ubicazione” – włoskiego odpowiednika polskiego słowa „położenie”. Znana tłumaczka z Warszawy w latach 70-tych tłumaczyła włoskim znajomym: „in Polonia ogni professore ha il suo gabinetto”, co musiało wzbudzać wielką konsternację. „Stipendio” nie ma za to nic wspólnego ze stypendium, bo to po włosku pensja, natomiast „pensione” to emerytura lub pensjonat, ba, czasem i wyżywienie. Coperta to koc, kołdra, a nie rzecz kupowana w okienku pocztowym.

Uważajmy też na błędne automatyzmy tłumaczenione związane z naszą znajomością angielskich słów. „Caldo”, tak podobne do angielskiego „cold” oznacza po włosku „gorący”, „restare” nie ma zaś nic wspólnego z odpoczynkiem, bo oznacza tylko „zostawać”. Pewne kłopoty mogą mieć też znawcy innych języków romańskich, gdyż bezokolicznik „salire” po włosku oznacza „wchodzić, wsiadać”, w przeciwieństwie do francuskiego „salir” – brudzić, czy hiszpańskiego „salir”- wychodzić (!). Ridere nie ma nic wspólnego z czytaniem ani ujeżdżaniem, choć ulubiona kursantka przed laty zaproponowała na zajęciach formę „ridere la bicicletta”. Kalka aż nazbyt wyraźna, natomiast pomyłka z tych z gatunku wybaczalnych.

Hitem sprzed lat jest jednak kalka językowa z niemieckiego, jaką posłużyła się moja kursantka w zdaniu. – „Ho una fragola per te” Wypowiedź była wprawdzie prawidłowa pod względem gramatycznym, ale fragola w przeciwieństwie do niemieckiego „frage” to nie „pytanie”, ale….”truskawka”. Miło jednak było choć przed chwilę pomyśleć, że młoda poliglotka zamiast pytania miała dla swojego lektora soczysty owoc. Bo siła skojarzeń, o czym świadczą wasze uśmiechy po przeczytaniu poprzedniego zdania jest przecież ogromna:)

fragola divano

Rodzaj ma znaczenie, czyli poszedł słoń do słonicy

Dziś macie okazję przeczytać dość nudny, wydawałoby się, artykuł o podstawach gramatyki włoskiej. Na tapet weźmiemy bowiem rodzaj męski i żeński. Na tapetę weźcie lepiej kwiatki albo Krystynę Czubównę, jeśli was uspokaja.

Wydawałoby się, że włoski nie może nas niczym zaskoczyć, bo przecież w rodzimym języku mamy rodzaj męski, żeński, a nawet nijaki. Nijak to nam nie pomoże, ba, czasem trzeba będzie postępować wbrew własnej naturze i przyzwyczajeniom. Fakt że należymy do dwóch innych rodzin językowych, nie mówiąc o tym, że morze mamy na północy, a góry na południu, sprawia, iż mnóstwo męskich słów po polsku będzie rodzaju żeńskiego po włosku i vice versa. Dlaczego oni nam to zrobili? – zapytacie. To za to morze, tak sobie tłumaczmy.

Pamiętam sympatyczną kursantkę, która stosowała zasadę, że gdy nie wie, jakiego rodzaju jest włoskie słowo, wybiera zawsze przeciwny rodzaj niż stosowany po polsku. Od początku uczyła się przecież terminów il caffè, il tè (ta kawa, ta herbata), la chiave (ten klucz), la macchina (samochód), il libro (książka), la sera (wieczór), il gioco (zabawa, gra) i wielu innych. Teoria ciekawa, ale mało skuteczna, dodam z przykrością. Zawsze uważałem, że jedną z nadrzędnych ról lektora jest nie tylko nauczanie danego języka, ale przekazywanie sztuczek, sprzedawanie własnych patentów i ułatwianie drogi do sukcesu. Taki też jest cel tego wpisu.

Zacząłbym najchętniej od takiego stwierdzenia: włoski jest językiem samogłoskowym, co widać po tym, że jego słowa nie kończą się na spółgłoski. Z pięciu dostępnych italiańskich samogłosek znajdziemy raptem kilkanaście przydatnych słów zakończonych na –i oraz na –u. Na razie nie zajmujmy się nimi. Pozostaje nam zatem do dyspozycji – a, -e oraz –o. Co dalej? Widzisz słowo zakończone na literę – o , masz 99% pewności że to rodzaj męski. Widzisz słowo kończące się na literę –a, masz jakieś 90% prawdopodobieństwa, że to rodzaj żeński. A te słowa z końcowym – e? Są pewnie rodzaju nijakiego? Jeśli taka była twoja myśl, czytaj od początku ten artykuł, bo ktoś z nas dwóch/dwojga wyraźnie przysnął. Dla ułatwienia dodam, że mam się dobrze i sen mnie nie morzy. Przypomnę grzecznie, że po włosku nie ma rodzaju nijakiego, w przeciwieństwie do łaciny, z której się wywodzi. Ale nie tylko słowa zakończone na –e będą wredne dla polskich kursantów. Do nich niedługo wrócimy. Do tych słów, ale w sumie też i do kursantów.

Końcowe –O jest proste, bo męskie, zapamiętać warto jedynie wyjątki LA mano (dłoń), la radio, la foto, la moto, pamiętając o ich pełnych formach la fotografia czy la motocicletta. Tu was nic nie zaskoczy, zatem możecie śmiało stosować rodzajniki męskie IL (przed spółgłoską), L’ (przed samogłoską) i LO (najczęściej przed S+spółgłoska, Z i PS). Zatem il ragazzo, l’amico, lo struzzo (o pani „strusiowej” napiszę w osobnych artykule, choć moi kursanci znają dużo anegdot związanych z tą osobą i jej postrzeganiem świata).

Z końcową literą A sytuacja jest bardziej skomplikowana. Nie możecie zawsze iść w ciemno, że to LA, czyli rodzajnik żeński (L’ przed słowem zaczynającym się na samogłoskę). Przecież końcówka –ista może być rodzaju męskiego. Il pianista, il turista, il chitarrista, il centrocampista, il trequartista. Słowa te mają identyczne formy żeńskie poprzedzone rodzajnikiem LA , choć akurat dwa ostatnie terminy dotyczą piłki nożnej zdominowanej przez mężczyzn.
Mamy po włosku całą gamę słów zwykle pochodzenia greckiego zakończonych na – ma. Po włosku są rodzaju męskiego, mimo że ostatnią literą słowa jest przecież samogłoska A, typowa dla rodzaju żeńskiego. Przykłady?

IL panorama (już nic nie będzie takie jak wcześniej), il programma, il diagramma, il problema, il sistema, il dilemma, il clima, il cataclisma, il trauma. Nikt z czytających nie miał problemów ze zrozumieniem tych słów, bo w naszym języku mają dość podobne formy i generalnie są rodzaju męskiego. Ale uwaga na panoramę i traumę, bo traumatycznych przeżyć sobie wszak nie życzymy.

A teraz uwaga, attenzione, achtung, byle nie czeski pozor, bo pozory mylą.
Co z tym nieszczęsnym –E na końcu? Niestety, słowo może być i rodzaju męskiego i żeńskiego, nie zawsze będzie to dla nas oczywiste. Mamy przecież la chiave, ale il giornale. Czasem bywa jeszcze gorzej – Il capitale (kapitał), ale la capitale (stolica). No to są jakieś ułatwiacze, jakieś myki i sprytne uniki, by nie popełniać zbyt wielu błędów? Tak, po to nosimy ten ciężki kaganek oświaty, by rozświetlać wam drogę.

Słowa na –zione, sione, których mamy multum po włosku na pewno będą rodzaju żeńskiego.
L’abitazione, la situazione, la coalizione, la fusione, l’opposizione ecc.. Lata temu dałem licealistom taki właśnie model, prosząc o uzupełnienie innymi słowami, które po polsku kończą się na –zja, -cja, więc przez analogię powinny mieć włoskie odpowiedniki na –sione i –zione. Po pierwszej geograficznej propozycji „Asione, Azjone” odpuściłem. Często wydaje się lektorom, że mają dobry pomysł na ćwiczenie, ale rzeczywistość bywa bardziej traumatyczna niż oczekiwania.

Końcówki na –ma i –zione wspaniale i jakże łatwo zapamiętać mądrym życiowym stwierdzeniem, że:
Il problema è un uomo e la soluzione è una donna – problemem jest mężczyzna, a rozwiązaniem kobieta. Fajne? No ba! Tak jak warto zapamiętać, że męskie końcówki TORE mają zwykle odpowiednik żeński TRICE, zatem nie możemy mieć wątpliwości co do rodzajnika przed słowami scrittore (lo, czytelniku, jakie IL???), autore (nawet się nie przyznawaj, jeśli chodziło ci znów po głowie il) czy giocatore. Formy żeńskie brzmieć będą scrittrice, autrice, giocatrice.

Nikt też nie może mieć wątpliwości, że prawidłowe będą formy IL padre oraz LA madre ze względu na znaczenie tych słów związanych z płcią danej osoby. Nadrzędną zasada jest jednak taka, że zawsze warto sprawdzić sobie w słowniku rodzaj słowa z końcowym –e, jeśli pojawiły się u nas wątpliwości. Pamiętajcie, że tylko ludzie inteligentni je mają. Np. po włosku mówimy „la sindrome”, bo to słowo rodzaju żeńskiego. Włoski osiąga apogeum swojej podstępności, gdy słowo kończy się na –e, a zaczyna na samogłoskę. Jeśli to tylko setne ćwiczenie na rodzajniki w liczbie pojedynczej, zadanie jest banalne – wpisujecie l’, zdobywacie punkt. Mama w domu chwali za dobry wynik, dorosłe dzieci już się nie nabijają, że w tym wieku zapisaliście się do szkoły językowej.

windadlon

trapani-909736-1 klucz

Ascensore? L’ascensore. Estate? L’estate? Elefante? L’elefante. No dobrze, ale nie uczycie się włoskiego dla ćwiczeń, lecz dla komunikacji, zatem na pewno zechcecie kiedyś powiedzieć „Winda się zablokowała, lato skończyło, a słoń poszedł do swojej słonicy. Bo czy na miejscu słonia w takich okolicznościach przyrody zrobilibyście cokolwiek innego?
L’ascensore [a-scen-só-re] s.m., – to s.m. oznacza sostantivo maschile, czyli rzeczownik męski, a zatem – L’ascensore si è bloccato. (gdyby winda była rodzaju żeńskiego jak po polsku, należałoby napisać bloccata)

L’estate – [e-stà-te] s.f. – sostantivo femminile, rzeczownik żeński, a zatem – L’estate è finita (gdzie wpychasz to si, no gdzie???) , a nie finito.

L’elefante è andato dalla sua elefantessa – bo skoro jest dottore – dottoressa, studente – studentessa, professore – profesoressa, to czy poczciwy słoń nie zasłużył na obłędną nazwę dla swojej słonicy? Włoski jest piękny, wtedy gdy traktujesz go sul serio, najlepiej w Sul serio, ale potrafisz podchodzić do niego z uśmiechem i szczerym oddaniem. I tego Wam oraz sobie samemu serdecznie życzę.