BLOG


W domowym areszcie też można się uczyć

 

Spadła na nas zaraza, która prawdopodobnie zmieni całkowicie ten świat. W zalewie złych wiadomości i pesymistycznych scenariuszy, warto słuchać też kojących informacji i szukać dobrych stron tak drastycznej rzeczywistości. Czy to jest koniec naszej beztroski, tak oczywistej, że niepodlegającej nawet dyskusjom? Wakacji, gdzie tylko chcemy, interakcji z tysiącami ludzi, bo chyba nie kawy czy pizzy z przyjaciółmi? To musi kiedyś wrócić, nie popadajmy w czarnowidztwo. Znajomi piszą mi o niezrealizowanych lotach, o przekładaniu planów wakacyjnych, ktoś utknął gdzieś poza ojczyzną, ktoś inny przeszedł na domową kwarantannę, by chronić najbliższych i nie tylko.

 

 

Sam miałem lecieć do Rumunii na mecz pod koniec marca, bilety lotnicze kupiłem gdzieś w styczniu, choć jeszcze 2 tygodnie temu znajomy dziennikarz zapewniał mnie, że wirus się rozprzestrzenia i spotkania zostaną przełożone. Nie wierzyłem mu, bo nie cierpię defetystów i tych, którzy zawsze wieszczą zły scenariusz. Miał rację, sport stanął w miejscu, stanie też gospodarka, co martwi mnie znacznie bardziej.  Chyba już każdy z nas musi zgodzić się na utratę rzeczy do wczoraj codziennych, bo taki będzie koszt, przynajmniej w najbliższym czasie.

 

 

Znajduję się w tej nielicznej grupie szczęśliwców, którzy swą pracę mogą wykonywać zdalnie. Zajęcia online prowadzę od lata 2010, mija zatem równo dekada od pierwszej próby, dlatego też momentalnie, z dnia na dzień, mogłem zaproponować kursantom Sul serio kontynuację kursów w tej właśnie formie. Żadnych przestojów, żadnego czekania, bo proces dydaktyczny to rzecz święta, więc przymusowy areszt domowy należy wykorzystać na coś pożytecznego. A dzieci kursantów niech usłyszą w końcu, jak świetnie radzą sobie ich rodzice.  Byłem „tyraj-misiu” w szkole, jestem „tyraj-misiu” w dużym pokoju, beato me.

 

 

Pierwsze reakcje są naprawdę dobre. Nic nie zastąpi wprawdzie przyjemności spotkania się w siedzibie szkoły, aromatu kawy, panów podjadających czekoladki i zachwycających urodą (tudzież talentem) pań, ale lekcje przez komunikatory mają swe niezaprzeczalne zalety. Przede wszystkim zapisuję setki słów, zdań, pytań, które padają w trakcie zajęć, co jest absolutnie nierealne przy metodzie marker+tablica.  Tworzymy swój elektroniczny zeszyt, zeszyt pod moją kontrolą, możemy wykorzystać tonę materiałów, które przygotowywałem przez lata, korzystać z quizletów, video, bo tych możliwości jest naprawdę wiele.

 

 

I zachowujemy zdrowy rozsądek, ograniczając do minimum bezpośrednie kontakty. W zeszłym roku uczyłem zdalnie Polaków na emigracji, miałem kursantów z Anglii, Szwajcarii, Francji, ba, nawet z Italii, większość tekstów dziennikarskich też przecież powstaje przy moim biurku, szczególnie jeśli dotyczą one zleceń dla miesięcznika Handball Polska.

 

 

Pytania, które sobie stawiam teraz codziennie dotyczą również Italii i mojej lektorskiej przyszłości.  Dziesiątki razy musiałem opowiadać o profilu kursantów Sul serio, bo wciąż dla wielu ludzi jest niepojęte, by uczyć się włoskiego.

 

Głównym powodem nauki nie są przecież kwestie związane z pracą, nie mam chyba nawet jednego podopiecznego, dla którego italiano byłby jedynym znanym językiem obcym, ludzie uczą się włoskiego, bo kochają Italię, zazdroszczą południowcom pewnych cech charakteru, zazdroszczą słońca, widoków, kuchni, luzu. Insomma, chcą mówić po włosku, by znacznie głębiej smakować włoskiego życia.

 

No i teraz zabierzmy im,  nawet na jakiś czas, możliwość  swobodnego, beztroskiego wyjazdu do Rzymu czy Toskanii. Jak zareagują względem samego języka? Czy ich naturalny entuzjazm nie zgaśnie, nie załamie się? Czy przyjdą nowi zdeterminowani,  gotowi na włoską, intelektualną przygodę? Piszę te słowa otwartym tekstem, bo tego wymaga szczerość względem czytelnika, który powinien mieć świadomość, że nawet taka grupa zawodowa jak lektorzy włoskiego może się teraz niepokoić. Dobry nauczyciel zawsze spadnie na cztery łapy, nawet jeśli załamie się koniunktura, ci słabsi najwyżej zmienią branżę.

 

 

Ale z doświadczenia wiem też, że dopiero będąc postawionymi pod ścianą, zaczynamy szukać rozwiązań, nasze zwoje mózgowe pracują na wyższych obrotach i z tego często rodzi się coś dobrego.

 

Tak jak szkoła Sul serio, w której rzetelnie uczymy włoskiego. Klasycznie i online.  Tutto andrà bene.

 

 

P.S. Pytacie mnie o Filippa, który mieszka w Treviso, nieopodal Wenecji. Trzyma się dzielnie, jest zdrowy, też uczy od rana do wieczora, więc jeśli chcecie mieć  z nim zajęcia, piszcie śmiało, pomożemy.