BLOG


„Idź na skróty – plastic beauty”, czyli a może tak rzucić wszystko i pójść w rzęsy?

 

Wybaczcie moją ignorancję, ale do lata ubiegłego roku nie wiedziałem, że kobiety noszą sztuczne, doklejane rzęsy. I myślę, że w tej błogiej nieświadomości żyło mi się całkiem, całkiem. Owszem, gdybym miał zeznawać przed sądem, pewnie powiedziałbym, że coś takiego jak sztuczne rzęsy gdzieś istnieje, ale korzystają z nich raczej tylko aktorki czy modelki przed jakąś wystylizowaną sesją fotograficzną. A już do głowy by mi nie przyszło, że takie rzęsy to trzeba poprawiać i doklejać co trzy tygodnie, jak zapewniają mnie znajome, domorosłe kosmetyczki.

 

Dlaczego o takich głupotach piszę na blogu poświęconym nauce języka włoskiego? Wspominałem już kiedyś, że w czasie studiów ogłaszałem swe usługi korepetytorskie hasłem „włoski to rozrywka intelektualna, żadnych tipsiar i kosmodziewczyn”, ale sami rozumiecie, biła ode mnie młodzieńcza werwa, szaleństwo, te sprawy. Dziś czasami mam wrażenie, że zamiast pracy lektorskiej należało wtedy otworzyć salon sztucznej piękności o melodyjnej nazwie „Idź na skróty – plastic beauty”.

 

Nie przypuszczałem bowiem, że nastąpią czasy portali społecznościowych, a poważne, wydawałoby się, osoby zaczną robić dziubki, doklejać sobie kocie wąsy czy uszy i wciąż uchodzić za intelektualistów.  Gdzie w tym wszystkim mają się przebić języki obce, wymagające skupienia i tysięcy monotonnych „dupogodzin” spędzonych nad ćwiczeniami? Sprawa jest prosta, a czas nie z gumy, więc jeśli poświęcasz kilka godzin dziennie na durne filmiki i przeglądanie zdjęć znajomych, jeśli wydajesz pieniądze na rzęsy, a nie na rozwój intelektualny, zostaniesz na końcu z tym plastikiem, a prawdziwe życie przejdzie ci przez palce. Owszem, twój wybór, twój czas, twoje pieniądze, w sumie nic mi do tego, ale niewiele wniesiesz do historii ludzkości, egzystując przecież w konkretnym kontekście społecznym. Jedna z największych bzdur propagowana przez świat reklamy mówi, że liczy się tylko to, co sami uważamy za słuszne, że inni mieszkańcy Ziemi są li tylko dodatkiem do naszej wyjątkowej osoby, a wartość ma jedynie nasze zadowolenie i wysoka samoocena.

 

Żyjemy w czasach niezliczonej dawki bodźców ze wszystkich stron, widzę to też po kursantach, którzy mają problem, by na 90 minut rozstać się z telefonem, messengerami i innymi dystraktorami, jak fachowo nazywamy rzeczy odciągające naszą uwagę.  – Wyciszamy się, skupiamy, przygotowujemy swoje serce i umysł na lekcję  – powiedziałem lata temu do ładnej dziewczyny czekającej w Dialogo na zajęcia z hiszpańskiego. Popatrzyła na mnie złowrogo, przekonana, że stroję sobie żarty z języka religijnego i typowych formułek katechetów. Nic bardziej błędnego, bo skoro może tylko 1/4 kursantów zapisujących się do szkół językowych osiąga po latach pracy poziom C1, czyli jest całkowicie samodzielna, trzeba non stop szukać odpowiedzi na pytanie, dlaczego tak wiele osób polega w tej walce.  Gdzie leży wina po stronie lektorów, gdzie zawinił kursant, a gdzie wszelkie inne okoliczności przyrody?

 

Mogę powtarzać to po raz setny, ale brak konkretnego celu i wiary w siebie jest dużo większym problemem niż słabsze językowo ucho, ograniczone możliwości czasowe czy antypatyczny nauczyciel.

 

– Chcę za dwa lata mówić  po włosku bez błędów – zapowiedziała mi w ubiegłym tygodniu jedna z kursantek. O, wreszcie konkrety,  pomyślałem sobie, a faceci lubią konkrety, jeśli nie pamiętacie. Błąd jest naturalnym elementem językowym, nie wolno się go bać, ale też jeśli ktoś po tuzinie lat nauki pisze mi, że pizza jest „benissima”, powinien się już wstydzić. Tylko trzeba też sobie powiedzieć, że są kursanci minimalistyczni, którym wystarczy to, że rozumieją i jakoś składają te swoje zdania. Trudno mi zrozumieć do końca takie nastawienie, bo jest to w wielkiej sprzeczności z moją filozofią pracy nastawionej na efekt. Szkoła Sul serio nie jest przecież działalnością charytatywną, to moje główne źródło utrzymania, pobieram opłaty za kurs i czuję się odpowiedzialny za jakość świadczonych usług.

 

W jednej z grup powiedziałem, że gdyby moi podopieczni wiedzieli, jak wielką frajdę sprawiają mi ich postępy, uczyliby się po prostu dla mnie, by zrobić dobry uczynek wobec drugiego człowieka.

 

Wiosną szkoliłem sympatyczną panią pracującą przez większość roku w Genui. – Dorosłam do zajęć, bo wcześniej uczyłam się tylko sama i wiem, że mówię bardzo źle gramatycznie – powiedziała na wstępie. Posłuchałem kilku jej zdań i odrzekłem: „ jeśli zabiję w pani naturalną chęć mówienia, polegnę całkowicie jako lektor, ale wiele rzeczy możemy wspólnie wyczyścić”.

 

Znalezienie wspólnego języka jest kluczowe w relacji kursant- lektor. Ostatnio bombardowałem prostymi pytaniami nową studentkę, ale po kolejnych jej grymasach i niezadowoleniu, zapytałem po prostu :  ile dają teraz za morderstwo w afekcie? Wyliczyłem, że wyszedłbym pewnie po dekadzie, ale minęło kilkanaście minut lepszego fragmentu zajęć, a kobieta zripostowała z szelmowskim uśmiechem: „zaraz to chyba mnie zamkną”. Odgryzła się, bardzo to lubię, bo jeśli choć jedna ze stron czuje się nieswojo, nic z tej nauki nie będzie. Trzeba zmienić lektora, szkołę, szkoda czasu i pieniędzy.

 

Szukanie nowych językowych inspiracji jest kluczowe w przypadku ludzi uczących się od lat. Bo ile można siedzieć w jednej sali z tym siwiejącym Pomorskim, słuchać jego żartów, docinków, ironii? Nudy, panie, jak w polskim filmie, nic się nie dzieje! A musi się dziać, by wciąż włoski dawał radość w sercu, taką zdrową ekscytację jako najpiękniejszy język świata. Dowody? Proszę bardzo.

https://www.youtube.com/watch?v=B2CzsGlVDBU

 

Nigdy nie udało mi się nauczyć włoskiego kogoś, kto tego nie chciał, nie mam w sobie żadnej magicznej mocy, poniosłem dziesiątki porażek dydaktycznych, ale nie pójdę na kasę do supermarketu ani nie będę nikomu doklejał rzęs. Choć jeszcze niedawno, gdy poszedłem na kawę z obłędnie piękną lektorką hiszpańskiego, wspólnie snuliśmy plany założenia takiego salonu.  W tych czasach to z pewnością lepszy biznes niż działalność dydaktyczna.

 

Chciałem stworzyć kameralne miejsce nauki włoskiego, gdzie przyjdziesz na kawę, wypożyczysz wartościową książkę, pogadasz, poznasz cudownych ludzi uczących się całe życie, pośmiejesz się, rozwiniesz i wyjdziesz nieco strudzony, ale z uśmiechem.  I mimo tego cholernego sceptycyzmu, którego u siebie nie znoszę, udowodniłem, że nie była to „mission impossible”. Już teraz mogę zaprosić do zapisów na nowy rok szkolny 2019/2020. Planuję kilka nowinek, ale o tym kiedy indziej.  Nie, nie będę miał doklejonych rzęs, spokojnie.

 

Już po publikacji wpisu odezwała się do mnie wspomniana piękna iberystka i słusznie zarzuciła: ” a co tak się czepiasz tych rzęs? Przecież to też włoski. Tylko takie mniejsze”.

________________________________________________________________________________