BLOG


Zakochaj się na wiosnę, najlepiej we włoskim

 

Dopiero co za nami walentynki (raptem jakieś 6 tygodni temu), zatem miłosny temat wydaje mi się jak najbardziej adekwatny. Ale jak połączyć miłość i naukę, zapytają niektórzy? Żelaznym łańcuchem – odpowiem szybko. Nie wierzę w skuteczne zgłębianie obcego języka bez zwyczajnej frajdy i zakochania się w jego specyfice. To znaczy, potrafię sobie wyobrazić, ba, spotkałem nawet wielu językowych rzemieślników, jednak to nie jest mój wzór do naśladowania.

 

– Czy w tak poważnym wywiadzie do gazety przejdzie czasownik „jarać się”?  Jeśli tak, napisz, że „jaram się” trenowaniem – zapytała mnie dwa lata temu znana polska piłkarka ręczna, która zbliżała się do końca kariery. Z roli zawodniczki stopniowo przechodziła do funkcji szkoleniowych, odkrywając magię dzielenia się wiedzą i doświadczeniem. Tak, spotkaliście w swym życiu pewnie dziesiątki smutnych, sfrustrowanych nauczycieli, myślących całą lekcję, co dziś zrobią na obiad do schabowego, ale nie zapominajcie, że obok nich funkcjonują również ludzie z pasją, z werwą, błyskiem w oku.

 

– Języka należy uczyć się dynamicznie, ja sobie dałam 3 lata na hiszpański, by czuć się w nim swobodnie – przyznała kiedyś pewna moja znajoma z podstawówki. Jesienią będę obchodził piętnastolecie pracy zawodowej w niesakramentalnym związku z placówkami prywatnymi i wierzcie mi, że przemyśleń mam na wiele rozdziałów książki.

 

Co powoduje, że niektórzy po latach chodzenia na kursy wciąż nie czują się swobodnie, a inni po trzech semestrach brylują na tle grupy? To nie będzie jakaś bardzo metodyczna analiza, nie zaprezentuję wam statystyk, nie robiłem specjalistycznych badań, ale swoje wiem i nie zawaham się napisać.

 

  1.  Strach.  Nie wiem, czy wynika to bezpośrednio z kultury, w jakiej wyrastaliśmy i takiego a nie innego modelu wychowania, który zwykle podsumowuję zdaniem „nie dotykaj, bo zepsujesz”, ale takie mam po prostu przeczucie. Wciąż spotykam wśród kursantów ludzi ze strachem w oczach, bojących się oceny, błędu, niepewnych siebie i zestresowanych życiem. Mogę stawać na głowie, by stworzyć przyjemne, swobodne warunki pracy, ale i tak biję tylko głową w mur.  – Nie oczekuj ode mnie, że ja będę odpowiadała długimi zdaniami, bo taka jestem, że dopóki nie nauczę się dobrze języka, mówię tylko półsłówkami – przyznała mi kiedyś szczerze dziewczyna z warszawskiej korporacji. Ta sama od bullshitów i rephrase’ów, jeśli pamiętacie z innego wpisu.

 

  1. Przecenianie zajęć.  Jeśli język traktujesz poważnie, a nie czysto hobbistycznie, zajęcia z lektorem to mecz, a twoja praca własna to trening. – Mecz w weekend jest dla mnie tylko zobrazowaniem tego, co widziałem na treningu przez tydzień – powiedział kiedyś na konferencji prasowej chorwacki szkoleniowiec, którego tamtego dnia tłumaczyłem. Ja nie mam wglądu w to, co robią między lekcjami moi uczniowie, ale oczywiście widzę tego efekty.  Lektor może przyjść na zajęcia nieprzygotowany, jeśli ma doświadczenie i trochę talentu, poleci lepiej już gorzej na spontanie (choć nie do końca powinien). Kursant już takiego komfortu nie ma, szczególnie w początkowym etapie nauki, a brak tego zacięcia i pracy własnej, wierzcie mi, są dość irytujące.  – Nie miej do mnie pretensji i nie bądź zawiedziony, ale nie mam teraz czasu na naukę polskiego, bo zajęta jestem pisaniem magisterki – wyznała mi niedawno zagraniczna studentka, ale w moich oczach i tak zobaczyła po chwili i zawód, i smutek.

 

  1. Brak realnej motywacji i postawionego celu

Pisałem o tym już wielokrotnie, ale w przypadku nauki włoskiego w Polsce to jeden z wiodących problemów. Kursanci jeżdżą na wakacje do Włoch, obejrzą czasem i jakiś film w oryginale, ale czy to wystarczające paliwo, by zrobić dwa ćwiczenia więcej na dane zagadnienie, przewertować słownik albo małe rozmówki tematyczne? Owszem, mam to szczęście, że uczę również Polaków mieszkających za granicą, także w Italii, zatem osoby, które włoskiego używają na co dzień i mogą od razu przetestować, czy nie sprzedałem im jakiejś głupoty. Rozmawiam z wieloma lektorami i wiem, że jedną z najtrudniejszych prawd nauczania jest uświadomienie sobie, że nie wykształcimy wszystkich, że musimy ponieść porażki dydaktyczne i że nie każdy podopieczny stawia sobie za cel bycie lepszym od lektora.  – Michał, ty sobie nie zdajesz sprawy, ile dla mnie znaczy, że nauczyłam się włoskiego. Nauczyłam na tyle, na ile mówię, sam wiesz zresztą, ale poznałam nowy język po pięćdziesiątce, to niesamowite – przyznała mi kiedyś dumna z siebie kursantka. To budujące słowa, bo patrzę na swą pracę krytycznie i często zapominam o tym, że dla wielu nauka jest także podjęciem próby przełamania lęków, oporów.

 

  1. Brak miłości.

– Co możemy zrobić z tą rurą, można ją jakoś obudować ? – zapytałem kiedyś inżyniera, który oglądał moją nieumeblowaną jeszcze salę zajęć.  – Nie, musisz ją po prostu pokochać – odrzekł ze swym wrodzonym urokiem.  I wiecie co? Ja tę rurę pokochałem, przywiesiwszy sprytnie do niej włoską flagę.  Żyjemy w klasycznej symbiozie od ponad trzech lat.  Czy jako kursant mam się bać każdego „di”, „a”, „da” czy „gliene”? Czy mam szukać sobie wymówek, że congiuntivo è morto, zamiast czasu przyszłego wsamraśny będzie i czas teraźniejszy, a Kopernik była kobietą?  Nie, tu trzeba miłości, miłości trzeba tu.  Sprytu, sposobu, odejścia od schematu.

 

– Se dici „sedici”, dici „szesnaście”, bo włoskie „sedici” tą liczbą właśnie

Powiem ci tylko tylle, tysiąc to po włosku mille, ale jeszcze chwila i masz już duemila.

 

Napisałem niedawno te moje stare rymowanki na tablicy, kursanci popatrzyli, przeczytali, a jeden z nich powiedział „ nie wiem, co pan pali, panie Michale, ale nieźle działa”.

 

No to zakochaj się we włoskim, a będzie ci lepiej. Mnie zresztą też.