Blog


Czy to tylko pauza, czy może już…?

 

Z dniem 30 czerwca opuszczam budynek Domu Technika, a szkoła Sul serio w formacie Wam znanym od 2015 najprawdopodobniej przestanie istnieć.  Szacunek i rzetelność, które przyświecały mi od samego początku działalności lektorskiej, wymagają kilku słów wyjaśnień odnośnie do tej decyzji.

 

Mój najlepszy przyjaciel, o czym wspominałem już na blogu, mawia, że w życiu nauczyciela przychodzą takie momenty,  gdy widzi już tylko dwa rozwiązania problemów.  „Albo ja ich (uduszę), albo oni mnie (zastrzelą)”.  To właśnie ta chwila, która mi obecnie towarzyszy.   Bez paniki, proszę. Agresja i drastyczne scenariusze to nie moja bajka, więc możecie być spokojni o zachowanie nietykalności cielesnej.

 

 

– Byłbym znacznie lepszym lektorem, gdybym potrafił was skrzyczeć i zmobilizować do ciężkiej pracy – napisałem w przypływie szczerości  swoim kursantkom – studentkom medycyny.  W dydaktyce sukces nauczyciela  zależy w większości od zaangażowania uczniów i jest to chyba najtrudniejsza prawda, z którą trzeba się konfrontować każdego dnia.  Trzy godziny wiosennych porządków wystarczą, bym dostrzegł, że jednak nie mam ślepej kuchni, proces jest więc krótki i całkowicie pod moją kontrolą.  W pracy lektorskiej takiego komfortu nie mam, ba,  nawet nie mogę o nim pomarzyć.  Mimo wszystko,  uwielbiam tę robotę, wcale nie z sentymentu, że  towarzyszy mi od 17 lat i pozwala na realizowanie pasji, jaką jest piłka ręczna kobiet.

 

 

W latach 2008-2009 i 2017-2018 zrobiłem sobie pauzę w codziennym nauczaniu, zajmując się dydaktyką w przerwach między podróżami czy w bardzo ograniczonym wymiarze czasowym.  Przerwy przynosiły orzeźwienie, nowe spojrzenie na  pracę,  wracały bodźce, a przecież nic nie motywuje człowieka do pracy tak mocno jak głód.  Może więc i teraz bardziej chodzić będzie o nabranie oddechu,  o złapanie należytego dystansu, przecież nie mogę wykluczyć takiego scenariusza.  Z tyłu głowy mam głęboko zakorzenioną świadomość, że dobrze być w życiu wyborcą losu, ale jeszcze lepiej być jego wybrańcem.  Toczę boje ze znajomymi odnośnie do roli szczęścia w naszym życiu. Twierdzę, że deprecjonujemy ten nieodzowny czynnik, tymczasem słyszę w odpowiedzi, że chodzi tylko o umiejętność interpretowania znaków.  Idąc tym tropem, serce daje mi znak, bym przystopował z dydaktyką. Nie ukrywam też, że nauczanie zdalne wyczerpuje mnie fizycznie i  w przypadku pracy z grupami nie przynosi zamierzonych efektów.  Owszem, kilka lekcji indywidualnych tygodniowo, proszę uprzejmie, praca przed komputerem od rana do wieczora, wykluczone!  Widzę ogromne różnice w jakości zajęć, w poziomie mojej satysfakcji , dlatego nie wyobrażam sobie powrotu do czasów obostrzeń, gdzie musiałem przenieść swoje zawodowe życie do Internetu. 

 

 

Najwyższa pora szukać nowych ścieżek, zdobywać nowe umiejętności i  próbować swych sił na nieznanym  gruncie.  Co konkretnie będę robił? Nie mam pojęcia. Marzy mi się praca przewodnika po Lublinie, który jako miasto jest dla mnie absolutną świętością (świetnością też, swoją drogą), marzy mi się komentowanie meczów szczypiorniaka (tu niewiele zależy ode mnie, ale od praw transmisyjnych, budżetów itp.), marzy mi się mimo wszystko napisanie książki o języku włoskim, więc nudzić się nie zamierzam.  A jeśli trzeba będzie zatrudnić się przy sortowaniu listów czy owoców, nie będzie to dla mnie żadna ujma na honorze, bo nie boję się pracy fizycznej i nie boję się reakcji znajomych.  W sumie i tak od lat uważają mnie za nieszkodliwego wariata,  więc co to za różnica?

 

 

I żeby nie było, że nie ostrzegałem. 1 kwietnia opublikowałem informację, że z racji na moje przebranżowienie, szkoła funkcjonować będzie do końca czerwca. To tylko Wam się wydawało, że to żart na prima aprilis.  Myśleliście, że choć raz będzie „per scherzo”, a znowu wyszło, że to  wszystko na serio.  Zresztą popatrzcie na poniższe zdjęcie…

 

Od samego początku żadnej gry w trzy kubki, zawsze tylko Sul serio:)

______________________________________________________________________________

Tyle o ile, ile o bile

 

Coś nic ostatnio nie piszesz, to po prostu inaccettabile – twierdzą wierni czytelnicy bloga. Mają rację i to właśnie dla nich dziś leksykalna opowiastka o pięknych słowach na –bile. Bile to bowiem nie tylko takie kulki, które wpadają do łuz, gdy gracie w snookera.  „Bile”  to nie tylko Clinton i Cosby razem wzięci, bile to bowiem również końcówka (sufiks) przymiotnika oznaczająca możliwość wykonania, realizacji.

 

Nic trudnego, sami spójrzcie. Jeśli coś określimy mianem „mangiabile”, powiemy o  zdatności do spożycia, o zjadliwości. Jeśli jakiś cel jest raggiungibile, będzie on osiągalny, możliwy do osiągnięcia.  Czasownik fare da nam formę fattibile (da się zrobić!), realizzare – realizzabile,  battere – battibile (do pobicia ten rekord, do pobicia) i tak dalej.

 

Generalna zasada mówi o tym, że czasownik zakończony na – are da nam końcówkę – abile. Pamiętajcie o mocnym akcencie na trzeciej sylabie od końca, powiemy przecież manGIAbile.  

 

Gdy było konklawe i wierni zastanawiali się, kto zostanie wybrany, włoskie media pisały o wielu potencjalnych kandydatach. Ten, kto rzeczywiście miał szansę na sukces, określany był mianem „papabile”, co przetłumaczylibyśmy jako „wybieralny na stanowisko papieża”.  Skoro włoska reprezentacja to Squadra Azzurra, młody zawodnik o dużym potencjale, który być może kiedyś doprowadzi go do kadry narodowej ma status „azzurrabile”. Spróbujcie to przetłumaczyć na polski przy użyciu mniej niż pięciu słów? Infattibile, oczywiście, to niewykonalne.

 

Czasowniki na –ere i –ire  dadzą nam końcówkę – ibile.    Widząc formy distruggibile, credibile czy apribile, z pewnością jesteś w stanie podać bezokolicznik. Podane przymiotniki oznaczać będą coś, co da się zniszczyć, coś wiarygodnego czy w ostatnim przypadku, możliwego do otworzenia.

 

Co ważne dla was, leniuszki, mało jest form nieregularnych. Jakby nie patrzeć, to po prostu przymiotniki, których i tak warto poznać.  Comprendere, mniej używane po włosku niż capire, da nam ładną formę comprensibile, taki zresztą ma być ten wpis.  Czasem trudnością będzie jedynie wymowa, bo taki przymiotnik „niewyrażalny” jak  „inesprimibile” do najprostszych nie należy. 

 

Nie można jednak skończyć jedynie na formach twierdzących. Wystarczy mały negatywny prefiks  in, il, ir, im  czy małe gołe  s  (są oczywiście też inne), by zanegować możliwość. Paradoksalnie będziemy mieć i takie pary, gdy właśnie ta forma z negacją będzie dużo częściej stosowana. Trovabile czy introvabile? Pensabile czy impensabile?  Lubimy ponarzekać, więc warto zapamiętać słowa określające rzeczy, których nie da się znaleźć czy sytuacje niewyobrażalne, takie nie do pomyślenia. Czasem nastąpi równowaga, jak w przypadku pary   consigliabile ≠ sconsigliabile.  Coś przecież musi być wskazane, sugerowane, by coś innego mogło być niewskazane. Optymista wynalazł samolot, pesymista od razu wymyślił spadochron i jest równowaga.

 

Popatrzcie zatem na takie pary i zastanówcie się, czy rozumiecie te przymiotniki:

 

Accettabile ≠ inaccettabile

Credibile ≠ incredibile

Dimenticabile  ≠ indimenticabile

Mangiabile  ≠ immangiabile

Mobile ≠  immobile

Possibile  ≠ impossibile

Pronunciabile ≠ impronunciabile

Raggiungibile  ≠ irraggiungibile

Realizzabile  ≠ irrealizzabile

Trovabile ≠ introvabile

 

Czy da się znaleźć równie piękny i bogaty język jak włoski? No skąd, l’italiano è inimiTAbile, po prostu nie do podrobienia! To co, może w końcu Ty  i podręcznik do włoskiego zostalibyście takimi „amici inseparabili”?  (zdjęcie: Zsolt Csikfalvi)

Tak, jestem z niej dumny, czyli cinque anni Sul serio

 

Trudno jest pisać o sobie ciepło, pozytywnie, nawet jeśli zasłużyło się na trochę miłych słów.  Dziś wpis, którego może się nie spodziewacie, bo raczej przoduję w samokrytyce, ale okazja jest nie byle jaka.

 

 

We wrześniu mija dokładnie 5 lat od narodzin Sul serio. Pięć lat, 60 miesięcy, prawie 2000 dni, jakby nie patrzeć, szmat czasu. Mimo sześciu ton obaw, mimo kilku kwintali niepewności, udało mi się stworzyć na mapie ukochanego Lublina miejsce, do którego przychodzę z przyjemnością. I teraz niespodzianka, usiądźcie głęboko,  nie jestem tam sam! Szkoła ma wiernych, oddanych słuchaczy, gotowych nawet oddać część swoich zarobków na naukę tak egzotycznego języka jak włoski.  Idąc każdego poranka po świeżą, prawdziwą, papierową gazetę, zawsze myślę o nich. Mieląc i zaparzając zakupioną w promocji kawę (polski nauczyciel nie szasta pieniędzmi), dziękuję sobie, że byłem na tyle zdeterminowany, by samemu stworzyć miejsce pracy, które pozwala mi na przyzwoite życie, drobne (niczym zmielone ziarna kawy) przyjemności czy realizowanie ogromnej pasji, jaką jest dla mnie piłka ręczna kobiet.

 

 

Dlaczego przetrwałem na niełatwym przecież rynku? Bo jestem rzetelny, obowiązkowy, gram fair, nie urządzam nikomu scen i mam naturalny dar uczenia. Nie mam, co oczywiste, daru nauczenia się za innych, ale stwarzam możliwości, rozśmieszam, buduję zdrową atmosferę, która też ma znaczenie. Najmilej jest słyszeć, że czas szybko zleciał ze mną, że zostałoby się jeszcze w sali czy przed komputerem, lecz trzeba ustąpić następnym spragnionym wiedzy.  

 

 

Dziś najczęściej zadajecie mi pytania o formę zajęć w nowym roku szkolnym. Odpowiadam, że dopóki będzie to dozwolone, absolutnie będziemy się spotykać w Sul serio. Skłodowskiej 3 na 3, jeśli nie pamiętacie. Nie chcę swojego życia przenosić do Internetu, idea mej szkoły to spotkania twarzą w twarz, to kawa, to uśmiech, to przyjemność  wspólnego pokonywania własnych słabości i lęków.

 

Oczywiście, część zajęć indywidualnych, tak jak od 10 lat, poprowadzę zdalnie, mam przecież kursantów żyjących daleko od najpiękniejszego miasta na świecie.

 

Czego od Was oczekuję? Zaangażowania, wytrwałości, na pewno też miłego słowa, jeśli jesteście zadowoleni z kursów, bo ludziom należy mówić dobre rzeczy. Nie tylko w tym porąbanym roku. Jeśli czytacie pobieżnie i nie chcecie zapoznać się z całym tekstem, przeczytajcie tylko ten fragment. Może akurat Wasz wzrok najechał szczęśliwie na tę linijkę.

 

Historia zaczyna się banalnie. Zabrałem moją koleżankę na wycieczkę po Lublinie. Kupiliśmy przykładnie bilety, niestety przewodniczka okazała się niezwykle nużącą osobą, sprawiając wrażenie chodzącej antyreklamy tego pięknego zawodu. Traf chciał, że na Placu Rybnym natknęliśmy się na inną zorganizowaną grupę, która z kolei miała znakomitego „Cycerona”. Tembr, impostacja głosu, sposób przekazywania treści, co tu dużo mówić, wystarczyła nam dosłownie chwila, by widzieć i słyszeć przepaść dzielącą dwie osoby z tej samej branży.  Kilka dni później, na dużym parkingu, zupełnie przypadkowo spotkaliśmy tego właśnie przewodnika. Gość przecież nic o nas nie wiedział, nie znał nas nawet z widzenia, ale nadarzyła się okazja, by tak po prostu powiedzieć mu kilka ciepłych słów.  Idziemy? – zapytałem. – Idziemy, ludziom trzeba mówić dobre rzeczy – odrzekła moja mądra partnerka. Ta krótka serdeczna rozmowa z mężczyzną, którego nazwiska do dziś nie znamy, pokazała mi, ile tracimy, bojąc się reakcji na nasze gesty i przez to wycofując się.

 

 

Marlon, mój brazylijski kolega i poliglota opowiadał mi, że potrafi udawać w Katowicach zagubionego turystę, prosząc o wskazanie drogi na dworzec, by mieć okazję do rozmowy z kolejnymi Polakami.   – A on się tak nie boi, że kiedyś dostanie w głowę? – zapytała pewna kursantka, wcale nie ironizując.

 

 

Takie są często nasze reakcje, nasze szare widzenie świata, wtłaczany „niedasizm”, uczący bierności wiktymizm i kultura „nie dotykaj, bo zepsujesz”. Ja też osiem razy się zastanowię, czy wypada, czy moje działanie zostanie należycie odebrane, ale te pesymistyczne wizje wcale się nie sprawdzają. To są wytwory źle ukierunkowanej wyobraźni i tak jak Wy walczycie z congiuntivo, tak ja muszę walczyć z durnymi blokadami.

 

 

Nie muszę ani dziś, ani jutro udawać kogoś innego, jestem zwyczajnie dumny z Sul serio, z tego bloga, z cyklu musicoterapia,  mamy już cinque anni i to nie nasze ostatnie słowo.   

 

 

Ferdinando è presente?

Michał, zróbmy coś dziś prostego, nie mam siły ostatnio, wiesz, problemy w pracy, pies wiecznie głodny, a mąż czepia się o byle głupotę – słyszę takie zdania rok w rok, nie tylko w wakacje.

 

I wtedy wchodzi on, cały na biało, gerundio presente, przyjemny, uniwersalny imiesłów, idol zbuntowanej młodzieży i obiekt westchnień urodziwych pań. No dobrze, nie przesadzajmy. Nie wiem, czy to odpowiednie miejsce, by obrażać cepa, ale budowa naszego gerundio jest rzeczywiście banalnie prosta.

 

Czasowniki na –ARE przyjmą końcówkę ANDO, a te na –ERE i – IRE  wezmą w objęcia ENDO.

Andando, essendo, uscendo to zatem prawidłowe formy imiesłowu, a przecież podałem wam trzy czasowniki nieregularne, które „tylko przez przypadek” kończą się tak jak klasyczne grupy na –are / -ere / -ire.    Parlando, vendendo, dormendo to już standardowe przykłady, ale jak widzicie, różnicy żadnej.  Moment, to nie ma żadnych wyjątków? To nawet zwodnicze essere jest tu regularne?

 

Nie do końca, ale jeśli zapamiętasz, że bere da nam BEVENDO (pijąc), fare – FACENDO (robiąc) , a dire – DICENDO (mówiąc), jesteś już prawie na mecie. Czasownik porre i „pochodne” (supporre/imporre ecc) przyjmą formę PONENDO  , ridurre czy tradurre da nam RIDUCENDO/TRADUCENDO, a gdy już ekscytuje Cię nawet dość egzotyczny czasownik TRARRE, zapamiętaj formę TRAENDO. Koniec, finito.

 

I to są właśnie włoskie odpowiedniki polskiego – ąc? Pijąc, jedząc, śpiąc? Owszem, czytasz uważnie.

 

Gerundio presente jest super wygodne, bo przecież lubimy rzeczy uniwersalne. Umiesz przetłumaczyć sobie te zdania?

Andando a scuola compro sempre il mio giornale preferito.

Andando a scuola ho comprato il mio giornale preferito.

Andando a scuola ogni giorno compravo il mio giornale preferito.

Mangiando così tanto, ingrasserai di sicuro.

Abbiamo passato una bella serata cantando e ballando.

O ile pilnujesz się, by nie powiedzieć czegoś w stylu „idąc do szkoły padał deszcz”, masz niskie prawdopodobieństwo popełnienia błędu. To nie koniec miłych informacji.

 

 

Gerundio jest niezbędnym elementem tzw. presente progressivo, czyli czasu teraźniejszego odpowiadającemu z grubsza angielskiemu „present continuous”. Używamy też nazewnictwa STARE + GERUNDIO, by była jasność, o co konkretnie chodzi.

Jeśli chcę powiedzieć, że teraz właśnie jem jabłko, nie powiem „mangio una mela”, ale „sto mangiando una mela”.  Pierwszym elementem i naszym moderatorem będzie zatem czasownik STARE (sto/stai/sta/stiamo/state/stanno), a po nim użyjemy niezmiennego GERUNDIO, czyli form z końcówkami ANDO lub ENDO.

Che cosa stai facendo?  Sto guardando la tv / Sto prendendo gli appunti / Sto partendo per le vacanze.

 

Naturalne jest też użycie podobnej konstrukcji z czasownikiem STARE w imperfetto (stavo/stavi/stava/stavamo/stavate/stavano), by nadać nieco dynamiki opisywanej czynności.

„Quando stavo andando a scuola ho visto un incidente” znaczeniowo jest prawie identyczne klasycznej formie „quando andavo a scuola ho visto un incidente”. 

 

 

Uważny obserwator dojdzie do wniosku, że skoro była mowa o GERUNDIO PRESENTE, musi być gdzieś jakiś inny GERUNDIO.  Owszem, jest i GERUNDIO PASSATO, ale nie daj się zwieść samej nazwie.

 

Bzdurą jest bowiem myślenie, że skoro jest we włoskim rozróżnienie GERUNDIO PRESENTE vs GERUNDIO PASSATO, pierwsza struktura odnosi się do czynności teraźniejszych, a druga do przeszłości.  Przecież zdanie o tym, że idąc do szkoły każdego dnia kupowałem ulubioną gazetę odnosiło się do przeszłości, a użyliśmy w nim GERUNDIO PRESENTE.

 

Kryterium jest równoległość/równoczesność obu czynności, do którego w opozycji stoi relacja uprzedniość – następstwo. My też mamy po polsku literackie nieco formy wyjrzawszy, wyszedłszy, zrobiwszy i zaraz o nich będzie mowa.

 

Jeśli mamy jakieś zdanie przyczynowo-skutkowe, w którym przyczyna wystąpiła wyraźnie wcześniej niż skutek, powiemy po włosku „  Avendo dormito solo 5 ore, ora mi sento stanco morto”  „ Avendo studiato l’inglese per 5 anni, ora Eva lo parla benissimo”.  To już piękny włoski, taki lubiany przez lektorów i purystów językowych. Po polsku takie formy odchodzą raczej do lamusa. Czy rzeczywiście powiedzielibyśmy „przekimawszy się raptem pięć godzin, teraz czuję się jak koń po westernie?” „Uczywszy się anglika przez pięć lat, dziś Ewa rozróżnia bez trudu to say/to speak i to tell? Raczej nie, użyjemy konstrukcji ze słowem „ponieważ” na początku zdania, które jak warto pamiętać, po włosku nie jest żadnym perché, ale SICCOME. Perché to polskie „dlaczego” albo krótkie „bo”, a od „bo” zdań nie zaczynamy. Bo tak, więc nie dyskutuj.  Siccome ho dormito solo 5 ore, mi sento stanco morto – naturalne, proste zdanie do nauczanie się na pamięć, dopóki nie znasz wariantu z gerundio passato.

 

Gerundio passato przyda nam się na dalszym etapie nauki, ale jak widać, tworzymy go w klasyczny sposób na bazie czasowników posiłkowych AVERE i ESSERE.   Essendo tornato/a dal lavoro prima del previsto, ho potuto vedere tutta la puntata di M jak Miłość”. (Wróciwszy do domu wcześniej niż przewidywałem/am mogłem obejrzeć cały odcinek A come Amore) Będzie zatem uzgodnienie końcówki PARTICIPIO PASSATO do liczby i osoby, kiedy czasownik odmienia się z ESSERE. Włoska klasyka, niczym kawka i cornetto z samego rana.

 

Stąd właśnie kapitalna odpowiedź jednego z uczniów, którzy na dwuznaczne pytanie nauczycielki „Ferdinando è presente? (Czy Ferdinando jest obecny / Czy Ferdinando to czas teraźniejszy?) odpowiedział: No, Ferdinando è gerundio (Nie, Ferdinando to imiesłów). Gerundio presente, precyzując. 

 

Myślę, myślę i myślę, czyli musicoterapìa cz.6

 

Powstała dokładnie 50 lat temu i gdyby została skomponowana w Anglii czy USA stałaby się z pewnością światowym hitem. Niby to ballada o prostej melodii, niby ma prosty tekst, a jednak ładunek emocjonalny jaki niesie, może przyprawić o dreszcze.  To zasługa słynnego duetu Battisti-Mogol, którzy ponoć mieli skomponować utwór w kilkanaście minut, jadąc samochodem po autostradzie z Mediolanu do Como. Owszem, to może być dołujące, że dziś w kwadrans nie potrafimy wrzucić sensownego zdjęcia z komentarzem w mediach społecznościowych, a pół wieku temu ludzie w tym czasie pisali porywające piosenki.

 

„Eravamo su una macchina piccolissima. Uno guidava. Lucia stava davanti e io dietro. Lucio canticchiava davanti e io trovavo le parole dietro” (Byliśmy w malutkim samochodzie. Ktoś kierował, Lucio siedział z przodu, a ja z tyłu. Lucio podśpiewywał z przodu, a ja znajdowałem słowa z tyłu) – opowiadał Giulio Rapetti Mogol.

 

Utwór „E penso a te” zna chyba każdy mój obecny i były kursant, bo tekst ma także duże walory gramatyczne. To idealna piosenka przy wprowadzaniu czasu teraźniejszego, mamy bowiem tu czasowniki wszystkich trzech grup, jeden czasownik zwrotny i kilka nieregularnych. Czegóż chcieć więcej od życia? Podpowiem, jeśli się nie domyślacie, niczego.

 

Słowa piosenki to tak naprawdę opis dwóch rzeczywistości. Tej codziennej i tej wyśnionej. Jest mowa o kobiecie, z którą bohater prowadzi rozmowę telefoniczną, a potem nawet spotyka i odprowadza do domu. To właśnie ta codzienność, tak jak praca czy powrót do mieszkania. Tak naprawdę  myśli bohatera krążą jednak wokół innej niewiasty, a ten fakt nie pozwala mu na normalne funkcjonowanie.  

Io lavoro e penso a te
Torno a casa e penso a te
Le telefono e intanto penso a te

(Pracuję i myślę o tobie, wracam do domu i myślę o tobie, dzwonię do niej, a tymczasem myślę o tobie)

„Come stai?” E penso a te
„Dove andiamo?” E penso a te
Le sorrido, abbasso gli occhi e penso a te

(„Jak się masz?” I myślę o tobie. „Dokąd idziemy?” I myślę o tobie. Uśmiecham się do niej, opuszczam wzrok i myślę o tobie)

Non so con chi adesso sei
Non so che cosa fai
Ma so di certo a cosa stai pensando

(Nie wiem, z kim teraz jesteś, nie wiem, co robisz, ale wiem z pewnością o czym teraz myślisz)

È troppo grande la città
Per due che come noi
Non sperano però
Si stan cercando, cercando

(Miasto jest zbyt wielkie dla dwojga, którzy tak jak my nie mają nadziei, a jednak szukają się nawzajem)

„Scusa è tardi” e penso a te
„Ti accompagno” e penso a te
Non son stato divertente e penso a te

(Wybacz, jest późno i myślę o tobie. Odprowadzam cię i myślę o tobie. Nie byłem zabawny i myślę o tobie)

Sono al buio e penso a te
Chiudo gli occhi e penso a te
Io non dormo e penso a te

(Stoję w mroku i myślę o tobie, zamykam oczy i myślę o tobie, nie śpię i myślę o tobie)

 

 

A teraz popatrzy na graMAtykę.   Pensare, lavorare, tornare, telefonare, sperare czy accompagnare to pierwsza grupa czasowników, czyli w odmianie (penso,pensi, pensa / pensiamo, pensate, PENsano).

Chiudere to druga grupa, zatem mamy w odmianie formy chiudo, chiudi, chiude / chiudiamo, chiudete, CHIUdono.

Dormire to krótka grupa III, bo spanie jest przecież czynnością krótką, więc mamy w odmianie  dormo, dormi, dorme / dormiamo, dormite, DORmono.

 

Cercarsi to z kolei czasownik zwrotny szukać się. Klasyczne cercare poprzedzamy drobnoustrojami gramatycznymi mi-ti-si-ci-vi-si i po kłopocie. Mi cerco/ ti cerchi / si cerca / ci cerchiamo/ vi cercate / si CERcano.

 

Essere, stare oraz andare nie podlegają powyższym regułom, bo to czasowniki nieregularne. Te z kartki A4, która miała wisieć na twoim lustrze w łazience, byś się im przyglądał, kursancie. Miej proszę na uwadze, że po zniesieniu stanu epidemii planuję nalot i sprawdzenie, czy moje cenne rady zostały wcielone w życie.

 

W tekście pojawia się dwukrotnie struktura presente progressivo (stare + gerundio) do określenia czynności, która ma miejsce w chwili obecnej. Odmieniamy czasownik stare w czasie teraźniejszym  (sto, stai, sta/ stiamo, state, stanno), a potem dodajemy imiesłowową formę ANDO (przy czasownikach na –are) lub ENDO (czasowniki na – ere oraz – ire) od wybranego przez nas czasownika. Fare da nam nieregularną formę FACENDO, zatem jeśli chcesz mnie teraz zapytać:  „che cosa stai facendo?”, ddpowiem, zgodnie z prawdą: „sto scrivendo un articolo”

Warto zwrócić uwagę na zaimek dopełnienia dalszego „LE”  (Le sorrido, le telefono), odpowiadający polskiemu (jej), tym bardziej, że gdy balladę „E penso a te” wykonuje kobieta, w tekście pojawia się zaimek męski „GLI” (jemu).  

Pewne zdziwienie mogłaby budzić forma  „son stato” czy „si stan cercando”, ale to typowa, literacko-muzyczna, skrócona forma, niezbędna dla zachowania rytmu.  Pełna wersja to oczywiście SONO stano i si STANNO cercando.

 

Na koniec historia opowiedziana mi przez moją znakomitą kursantkę, która poszła do kina obejrzeć koncert włoskiego zespołu Il Volo. Grupa ta również wykonuje balladę Lucio Battistiego, zresztą któż nie śpiewa E penso a te? Gdy wybrzmiały pierwsze takty piosenki, moja podopieczna zwróciła się do siedzących obok koleżanek i powiedziała z dumą „ analizowaliśmy wczoraj ten utwór na włoskim”.  Dziewczyny miały ponoć wpaść w tak wielki zachwyt, że do dziś się z niego „nie pozbierały” i nie zdążyły zapisać do Sul serio. A ja czekam i czekam, tak jak Lucio myślał i myślał.